czwartek, 16 czerwca 2011

Były wampiry, dziś są zmory, a będą...?


B. Belitz „Pożeracz snów”
Wydawnictwo Znak Emotikon
Kraków 2011 








„Pożeracz snów” to druga powieść dla młodzieży w moim dorosłym zazwyczaj repertuarze i zarazem kolejne spotkanie z gatunkiem paranormal romance. Tym razem w roli głównej występują, oprócz ludzi, zmory, demony, mieszańce i kambiony. Bardziej niż same książki zaczyna interesować mnie zjawisko popularności tego typu literatury i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o jej źródło, kontekst kulturowy. Obiecałam sobie już, że jak tylko wygospodaruję trochę więcej wolnego czasu, przestudiuję temat i skrobnę jakiś tekst poświęcony tym zagadnieniom. A może sami czytelnicy udzielą mi satysfakcjonujących wyjaśnień? Zapraszam do dzielenia się prywatnymi teoriami :). Tymczasem…

Ellie, główną bohaterkę powieści B. Belitz, poznajemy w dość trudnym dla niej momencie. Rodzice nastolatki, na rok przed jej maturą, podjęli decyzję o przeprowadzce z dużego miasta na wieś, przewracając tym samym jej życie do góry nogami. Nowa szkoła, otoczenie, rówieśnicy to dla dziewczyny duże wyzwanie, bowiem nawiązywanie kontaktów sprawia jej dużo trudności. Ellie czuje się inna, zagubiona, osamotniona (nawet będąc wśród ludzi), a w nowym miejscu szybko zyskuje etykietę zarozumiałej „panienki z miasta”. Mało kto przypuszcza, że ta agresywna, zdystansowana poza i pozorna pewność siebie maskują tylko lęk, zakłopotanie i niepewność. Jeśli dodać do tej charakterystyki informację, że główna bohaterka jest dość apatyczna, bierna i łatwo zapada w sen, otrzymamy stereotypowy obraz neurotycznej nastolatki. W zasadzie nie wiadomo, skąd u Ellie takie skłonności. Rodzice sprawiają wrażenie ciepłych, aktywnych, kochających się ludzi, którzy troszczą się o swoją córkę. Pewien zgrzyt, jakże istotny z perspektywy dalszych wydarzeń, stanowi fakt, że brat dziewczyny uciekł z domu jako młody chłopak. Co go do tego skłoniło, skoro funkcjonowanie tej rodziny wydaje się takie sielankowe? Tajemnica, która kładzie się cieniem na całym ich życiu. Ellie pewnie nigdy by jej nie odkryła, gdyby w jej życiu nie pojawił się Colin – groźnie wyglądający, tajemniczy młodzieniec na pięknym koniu, mieszkaniec leśniczówki, cieszący się lokalną, zasłużoną sławą dziwaka. To jedyna osoba, przy której czuje się ona bezpiecznie, chociaż nie jest to relacja łatwa i przyjemna. Zarówno kontakt z rodzicami jak i znajomość z Colinem stają się dla Ellie źródłem rozdarcia – dorośli wyraźnie nie zapałali sympatią do nowego kolegi córki (przyczyn nie zdradzę!), on z kolei na przemian przyciąga ją i odpycha. Kto w tym gronie ma szczere i czyste intencje, a kto prowadzi wyrachowaną grę? Gdzie przebiega granica między prawdą a kłamstwem, jawą a snem? Komu można naprawdę zaufać? Najlepiej – samej sobie.

Chociaż świat istot nadprzyrodzonych wydaje się być clou takich jak ta historii, ja zawsze staram się skupić podczas lektury na „czynniku ludzkim” :). Najciekawsza w tej książce jest bowiem obserwacja procesu dojrzewania głównej bohaterki. „Pożeracz snów” to opowieść o odnajdywaniu siebie, o trudnej sztuce bycia sobą – sztuce, której uczymy się przez całe życie. Wraz z przeprowadzką na wieś Ellie traci kontakt z przewidywalną rzeczywistością, w której dotychczas funkcjonowała i wypracowała sobie pozycję towarzyską, zapewniającą ochronę przed piętnem bycia „inną”. Z dala od tego świata dopada ją jednak refleksja, że szczebioczące przyjaciółki, imprezy, alkohol i ciuchy nigdy nie robiły na niej wrażenia. Uczestniczyła w tym targu próżności, bo dzięki temu była mniej sama. Jeśli nie miasto, to może wieś okaże się dla Ellie miejscem przeznaczenia? Nie jest to dla niej jasne od początku. Brak zasięgu, nieoswojona przestrzeń domu, szalejąca przyroda, szkolne w(y)padki – pobyt tutaj nie zaczyna się dobrze. Kiedy główna bohaterka poznaje Colina i odkrywa rodzinną tajemnicę, okazuje się, że po raz kolejny los spłatał jej figla. Jak bowiem żyć w zawieszeniu pomiędzy światem ludzi i demonów? Określić siebie w całym tym galimatiasie to nie lada wyzwanie, które, chcą nie chcąc, Ellie musi podjąć, w myśl zasady „weź sprawy w swoje ręce albo giń”. Główna bohaterka przechodzi więc przyspieszony kurs dorosłości, a przy okazji staje się wewnątrzsterowna. 

W „Pożeraczu snów”, jak sam tytuł wskazuje, ważną rolę odgrywają marzenia senne. Zjawisko to fascynuje badaczy maści wszelakiej od dawna (a na pewno od czasów Freuda), ale także, na szczęście, zajmuje pisarzy (niech sobie naukowcy nie myślą, że mają monopol na „produkowanie” wiedzy :)). W książce B. Belitz sny pojawiają się niczym sygnał z innego, podświadomego świata. Co więcej, stanowią one esencję każdej istoty, jej konstytutywny element. Człowiek bądź zwierzę snów pozbawione, egzystuje jakby połowę mniej. Ciekawym okazał się pomysł, aby zmory, bohaterki ze świata nadprzyrodzonego, wyposażyć w zdolność polowania na cudze sny. Belitz podnosi ich rangę, skłania do tego, aby traktować je poważnie, przekazuje także garść ciekawych refleksji „na temat” („Ludzie dzisiaj posiadają o wiele za dużo, cierpią na nadmiar bodźców, przesyt, po brzegi są wyładowani obrazami, informacjami, wrażeniami. Prawie się nie ruszają, zaniedbują swoje ciała. Już nie śnią tak dużo. Wasze światy marzeń sennych są bliskie zagłady” s. 392). Doprawdy, trudne jest życie zmory :).

Książka niemieckiej pisarki ma jedną istotną wadę - jest przegadana! Przez pierwsze 200 stron (sic!) akcja rozwija się w żółwim tempie, co nie raz wywoływało we mnie odruch buntu – „nie będę już tego czytać”. Potem jest już zdecydowanie lepiej, choć fabuła rozwija się w przewidywalny sposób. Na plus trzeba autorce zaliczyć wyrafinowany język i sposób obrazowania, nie tak znowu częsty w powieściach tego typu. Spisało się także polskie wydawnictwo – okładka jest bardzo intrygująca. Bilans potencjalnych zysków i strat, wynikających z lektury, każdy Czytelnik musi sporządzić sobie sam. Życzę miłych snów, bo kończę pisać w porze nocnej :).

wtorek, 14 czerwca 2011

Drwiący uśmiech Pol Pota


P. F. Idling „Uśmiech Pol Pota”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2010








Są takie sytuacje, wobec których język wydaje się być bezradny, a jednak znajdują się ludzie, którzy potrafią go właściwie użyć. Śmierć, cierpienie, prześladowania, tortury, wojna potrzebują dobrego tłumacza – cierpliwego, wrażliwego i dociekliwego. Przedstawiam dzisiaj jednego z nich – Petera F. Idlinga, autora książki pt. „Uśmiech Pol Pota”.

Jak opowiedzieć godnie o tragedii ludobójstwa, która pochłonęła niemal trzy miliony istnień ludzkich? Jak wiarygodnie objaśnić fakt, że aparat państwa zwraca się przeciwko swoim obywatelom w tak brutalny sposób? Jak spójnie przedstawić wizerunek oprawców – bezwzględnych, okrutnych, a jednocześnie inteligentnych, wykształconych (często na Zachodzie), czasem nawet sympatycznych w bezpośrednim kontakcie? I wreszcie: jak wytłumaczyć milczenie/bezsilność/niewiedzę/ciche przyzwolenie świata na zbrodnicze praktyki? Przed takimi dylematami stanął zapewne szwedzki reporter, który postanowił zgłębić problem reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży. Czy wyszedł z tej próby zwycięsko?

Zacznijmy od formy, bowiem mówi ona wiele na temat stosunku autora do tematu. Idling zdecydował się na wybór poetyki fragmentów. Na spotkaniu z czytelnikami w poznańskiej księgarni Bookarest mówił, że taka konwencja sprzyjała radzeniu sobie z ogromem materiałów, które przestudiował, ale także z emocjami, których nie sposób było uniknąć. Warto dodać, że szwedzki reporter, z wykształcenia prawnik, mieszkał przez kilka lat w Kambodży, doradzając tamtejszej organizacji humanitarnej. Wiedza, którą zdobył, znalazła więc poparcie w praktycznej znajomości kontekstu kulturowego, o którym pisze. Fragmentów w książce Idlinga jest 262, przy czym część z nich stanowią polityczne hasła Czerwonych Khmerów. Układają się one w swoisty kodeks „Nowego Człowieka”. Jeśli niezgoda na System, jak pisał Herbert w wierszu „Potęga smaku”, może wynikać z pobudek estetycznych, to głęboko wierzę, że można odrzucić go także z przyczyn językowych. „Żyjmy jak jedna wielka nowa rodzina, podporządkowując się potrzebom kolektywu”, „Wyrzecz się całego swego mienia i odżegnaj się od ojca, matki, całej twojej rodziny”, „Kolektyw decyduje, jednostka ponosi odpowiedzialność” – to tylko próbka odrażającej nowomowy, która za cel miała kreowanie nowej rzeczywistości. 262 kawałki, na które została rozbita narracja w „Uśmiechu Pol Pota”, tworzą pewien porządek, w ramach którego można wyodrębnić kilka ogólnych kategorii, obszarów tematycznych poruszanych przez autora. Znajdziemy więc tutaj migawki z życia Pol Pota, obraz funkcjonowania kambodżańskich studentów podczas pobytu na stypendium w Paryżu, charakterystykę sytuacji międzynarodowej w latach 60-tych i 70-tych XX wieku czy relację z pobytu szwedzkiej delegacji w Demokratycznej Kampuczy – ale o tym za chwilę.

Cel: komunizm, równość i sprawiedliwość. Metoda: walka klas, rewolucja. Wróg: imperializm. Kiedy Czerwoni Khmerzy doszli do władzy w 1975 roku, rozpoczęli operację wcielania w życie swoich ideałów. I tak jak „(…) każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”, tak każda bezwzględna, okrutna i fanatyczna dyktatura produkuje własną odmianę terroru i zniewolenia. Arsenał środków, który zastosowali dawni partyzanci, nie zaskoczy nikogo, kto otarł się o historię europejskich totalitaryzmów. Punkt pierwszy: zamknąć granice państwa dla obserwatorów zewnętrznych, zerwać łączność ze światem. Punkt drugi: „przekonać” ludność (wszelkimi dostępnymi metodami), że oto my jesteśmy jedynymi depozytariuszami prawdy i wiemy, co dla niej dobre. Punkt trzeci: zaangażować obywateli do pracy, wytępić „próżniactwo” – w tym celu przeprowadzić masową akcję ewakuacji miast. Wszak miejska dekadencja musi ustąpić miejsca wiejskiej prostolinijności i przyzwoitości. Punkt czwarty: napiętnować indywidualność, znieść własność prywatną  w sferze materialnej i niematerialnej. „Gdy tylko się zezwoli na prywatną własność, to natychmiast ktoś ma trochę więcej, ktoś inny trochę mniej, a wtedy nie są już równi. Ale gdy nie masz nic – zero dla niego i zero dla ciebie – to jest prawdziwa równość” (s. 141). Punkt piąty: zerwać więzy rodzinne, przyjacielskie, koleżeńskie – liczy się tylko Kolektyw i Organizacja. Reedukować dzieci, oddzielać je od rodziców – „małe, niezapisane tabliczki” (s. 136). Punkt szósty: pozostać czujnym – wróg może być wszędzie. Sprawny system donosicielstwa pozwala trzymać rękę na pulsie. Na opornych i zdrajców czeka S-21. Miejsce kaźni. Można by tak mnożyć w nieskończoność. Idling pieczołowicie odtwarza strategie, taktyki i sposoby budowania nowego Ładu, które w efekcie uczyniły z Kambodży wielki, komunistyczny obóz pracy.

Wyobraźmy sobie, że do kraju opisanego powyżej – kraju, w którym ludzie giną z głodu i wyczerpania, przyjeżdża czteroosobowa, szwedzka delegacja. Świadectwem dwutygodniowej wizyty jest entuzjastyczny raport końcowy – hymn pochwalny na cześć Demokratycznej Kampuczy (Idling określił tę podróż w następujący sposób: „Setki mil idylli, prosto przez piekło na ziemi” – s. 94). Jak to możliwe, że jej członkowie nie dostrzegli panującego wokół terroru i zniewolenia? Nie widzieli czy nie chcieli widzieć? A może uznali, że każda rewolucja pociąga za sobą jakieś koszty? To w gruncie rzeczy lektura wspomnianego raportu stała się dla Idlinga inspiracją do napisania „Uśmiechu Pol Pota”. Wątek szwedzkiej delegacji (dawniej i dziś) wprowadza do książki bardzo ważny temat – odpowiedzialności Zachodu za eskalację przemocy w innych częściach świata. I chociaż z lektury tego reportażu dowiedziałam się wiele na temat historii Kambodży, zwłaszcza za czasów okrutnych rządów Czerwonych Khmerów, problem „ukąszenia heglowskiego” poruszył mnie najbardziej. Nie tylko bowiem Szwedzi, motywowani wiarą w to, że oto spełnił się komunistyczny ideał, wspierali „czerwoną dyktaturę” w tym rejonie globu. Idling przywołuje także postaci amerykańskich intelektualistów, choćby N. Chomskiego, którzy z pełnym zaangażowaniem podważali wiarygodność uciekinierów z kambodżańskiego piekła. Reportaż Idlinga zaliczam do tych publikacji, które odkrywają wstydliwe aspekty historii zachodnich społeczeństw. Ile z nich zostało jeszcze do odkrycia?

Jedynym moim zarzutem pod adresem książki Szweda jest nieład chronologiczny – zamierzony bądź nie. W początkowej fazie lektury miałam znaczne trudności w ustaleniu następstwa zdarzeń – autor miesza ze sobą relacje z różnych okresów historii Kambodży, przeplatając je fragmentami rozważań na temat zimnej wojny, zaangażowania USA w Wietnamie czy reakcji, jakie wywołało ono wśród obywateli państw zachodnich. Powstaje z tego społeczno-obyczajowy miszmasz, z którego dopiero później wyłania się jakiś porządek. Myślę, że zamieszczenie krótkiej historii współczesnej Kambodży w pigułce (daty!) na końcu książki rozwiązałoby problem.

„Uśmiech Pol Pota” to pierwsza z pięciu książek-finalistek tegorocznej edycji Nagrody im. R. Kapuścińskiego, którą przeczytałam. Po lekturze wszystkich będę mogła wydać swój własny werdykt.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Uprzejmie donoszę...:)

Przebieram już z niecierpliwością nogami, bowiem jutro będzie miał swoją premierę nowy kwartalnik „KSIĄŻKI. MAGAZYN DO CZYTANIA”. Pojawienie się tego czasopisma na rynku ma związek z akcją „Czytajmy w Polsce”, organizowaną przez Gazetę Wyborczą. Więcej szczegółów na ten temat tutaj: http://wyborcza.pl/0,75517.html.




A „Książki” mają już na pewno jednego, zdeklarowanego czytelnika, czyli mnie :). Pozdrawiam!

niedziela, 12 czerwca 2011

Śmierć i matematyka...


M. Krajewski „Liczby Charona”
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011








Zawsze chętnie sięgam po nowy kryminał Marka Krajewskiego, nie zważając na to, że autorowi zdarzało się popełniać w swojej karierze pisarskiej zarówno książki bardzo dobre, jak i takie, które mnie rozczarowały. Do tej drugiej kategorii zaliczam na przykład „Erynie”, choć decyduje o tym być może pewna przewidywalność i wtórność. Mimo tego, że jakiś czas temu Krajewski zastąpił dotychczasowego bohatera – Eberharda Mocka, nową postacią – Edwardem Popielskim, a miejsce akcji przeniósł z Wrocławia do Lwowa, charakterystyczne atrybuty jego stylu nie uległy zmianie. Tak to już jest ze sprawdzonymi patentami artystycznymi – z jednej strony publiczności „podobają się te melodie, które już raz słyszała”, z drugiej strony zaś, literackie deja vu może trochę nudzić. I jak wśród tych sprzeczności odnaleźć złoty środek?

„Śmierć w Breslau”, pierwszy kryminał Marka Krajewskiego, ukazał się na rynku w 1999 roku. Przygoda czytelników z jej autorem trwa więc już 12 lat!!! Pamiętam, jak wieści o nowej „lekturze obowiązkowej” rozprzestrzeniały się błyskawicznie metodą marketingu szeptanego. Wśród moich znajomych czytali ją nawet ci, którzy na co dzień stronią od takiej literatury. Kilka względów zadecydowało o tym, że powieść cieszyła się takim powodzeniem. Autor, wykładowca akademicki i filolog klasyczny z wykształcenia, z iście naukowym zacięciem podszedł do konstruowania fabuły i budowania jej kontekstu. Centralną postacią całego cyklu uczynił Eberharda Mocka – skutecznego, wykształconego, aczkolwiek „swobodnego” obyczajowo i krnąbrnego policjanta kryminalnego. Mock ma skłonność do nadużywania alkoholu, jedzenia i płatnej miłości. Nie przeszkadza mu to jednak, a czasem nawet pomaga, w ściganiu przestępców. Wyrazistym bohaterem książek Krajewskiego, oprócz komisarza Mocka, stało się również miasto Breslau. Autor poznał szczegółowo jego historię i topografię, co znalazło odzwierciedlenie w plastycznych i barwnych opisach. Wszystkie te elementy nie miałyby jednak takiej siły oddziaływania, gdyby nie sugestywnie oddana atmosfera przedwojennego Wrocławia – mroczna, niepokojąca, intrygująca (w stylu noir). Dzięki profesji i zainteresowaniom głównego bohatera poznajemy świat mniej lub bardziej obskurnych knajp, prostytutek i ich stręczycieli, podejrzanych stowarzyszeń i nietuzinkowych przestępców. Świat, który wzbudza dreszcz emocji – fascynacji wymieszanej z lękiem.

Rozpoznawalny styl, który wypracował Marek Krajewski, obecny jest również w najnowszej jego powieści pt. „Liczby Charona”. Tym razem miastem Lwów wstrząsają brutalne morderstwa kobiet, w pobliżu których odnajdywane są tajemnicze, pisane po hebrajsku listy. Komisarz Edward Popielski nie pracuje już w policji, z której został wyrzucony za niesubordynację wobec przełożonego. Zmuszony do udzielania korepetycji, z trudem wiążący koniec z końcem, czas wolny spędza w podrzędnych szynkach, ubolewając nad swoim marnym położeniem i lichym strojem. Przełomem w jego życiu, choć nie finansowym, wydaje się być spotkanie z dawną uczennicą, teraz już dorosłą i piękną kobietą, które składa mu pewną propozycję. Komisarz angażuje wszystkie swoje siły, umiejętności i… emocje. Obietnica miłości wyczuwalnie unosi się w powietrzu. Tymczasem pojawia się szansa powrotu na bezpieczne, państwowe stanowisko, bowiem Popielski, jako znawca języków klasycznych i pasjonat matematyki, może pomóc policji w ujęciu mordercy, do czego mobilizuje organy ścigania wizja medialnej nagonki. Dodatkowo syn jednej z ofiar gotowy jest zapłacić „prywatnie” sporą sumę pieniędzy za odkrycie sprawcy. Czy można upiec kilka pieczeni na jednym ogniu? – zachęcam do lektury „Liczb Charona”, aby przekonać się, jak wybrnął z tej rozterki Edward Popielski.

Choć najnowszą książkę Marka Krajewskiego należy bez wątpienia zaliczyć do powieści kryminalnych, to właśnie akcja zbudowana wokół zbrodni wydaje mi się być jej najsłabszym punktem. Niby mamy tutaj do czynienia z ciekawym pomysłem, łączącym śmierć i matematykę, niby odbywają się czynności śledcze, które krok po kroku prowadzą do mordercy, niby występuje stopniowalność napięcia, ale jednak nie uruchomiło to we mnie prawdziwych emocji, które kazałyby mi zarwać noc czy nie zjeść rano śniadania :). Wbrew pozorom ma to swoje plusy, bowiem kosztem intrygi kryminalnej zyskał na znaczeniu wątek życia prywatnego Popielskiego i zarys tła obyczajowego. Strony poświęcone tym tematom czytało mi się super! Chciałabym wspomnieć jeszcze o dwóch atutach tej publikacji. Po pierwsze, autor zdecydował się w niektórych fragmentach na użycie języka stylizowanego na język mieszkańców przedwojennego Lwowa, co, w moim odczuciu, uatrakcyjniło lekturę. Po drugie, Krajewski, chciałoby się rzec – jak zwykle, stawia ciekawe pytania i dylematy etyczne. Chociaż jego bohaterowie – zarówno Mock jak i Popielski, działają w słusznej społecznie sprawie, daleko im do krystalicznej uczciwości, co więcej – często używają metod, których nie powstydziliby się łapani przez nich przestępcy. Cel uświęca środki?

poniedziałek, 6 czerwca 2011

O czym mówią „niewidzialni”?


M. Szarejko „Nie ma o czym mówić”
Wydawnictwo Amea
Rok wydania: 2010








Kilka dużych miast na terenie Polski, głównie Warszawa. W każdym z nich mieszkają wykluczeni, którym Marta Szarejko oddaje głos w książce pt. „Nie ma o czym mówić”. Choć na co dzień niewidzialni, stanowią niezbywalny element krajobrazu przestrzeni miejskiej. Mówią tak, jak żyją – niedbale, chaotycznie. Opowiadają o sprawach, które ich dotyczą i interesują, choć z naszego punktu widzenia, z perspektywy tych, którzy mieszczą się w granicach „normy społecznej”, mogą wydawać się nieistotne, błahe, szalone.

Książka Marty Szarejko nie posiada klasycznej, zwartej fabuły, stanowi raczej zapis luźnego strumienia świadomości tych, których nazywam tu „niewidzialnymi” – bezdomnych, alkoholików, bywalców i mieszkańców noclegowni, hoteli, domów opieki. Wybór takiej konwencji nasuwa dwie wątpliwości. Po pierwsze, nie jest dla mnie jasne, czy pisarka rzeczywiście rozmawiała z bohaterami swojej publikacji, wysłuchiwała ich zwierzeń i przemyśleń, czy też jest to raczej fantazja literacka. Po drugie: w jakiej roli występuje tutaj autorka: reportażystki, kreatorki pewnej rzeczywistości czy może tylko (aż?) słuchaczki? Jakkolwiek rozstrzygniemy te dylematy, zasługą Marty Szarejko pozostaje fakt, że dopuściła do głosu wykluczonych, uczyniła ich słyszalnymi. Okazuje się bowiem, że mówić, to znaczy żyć.

Jak zachowują się „niewidzialni”, którym udzielono głosu? Jedni opowiadają o tym, co im bliskie, inni narzekają. Najczęściej jednak prezentują swoje przemyślenia na temat świata, porządku społecznego, innych ludzi. W ich wypowiedziach wszystko się miesza: sprawy ważne i błahe, globalne i lokalne, realne i zmyślone. Don Ivo twierdzi na przykład, że jest człowiekiem mafii, Cyganka zdradza swoje piękne sny, pan Jan, niczym mitologiczny Syzyf, prowadzi obsesyjną, z góry skazaną na porażkę walkę z brudem i bałaganem, a mąż chorej na zaburzenia depresyjno-maniakalne kobiety pisze w jej sprawie wzruszające listy. Opowieści wykluczonych sporo mówią nie tylko o nich samych, ale także o współczesnej Polsce, Polsce dwóch prędkości i pogłębiających się różnic. Funkcjonują oni na marginesie społeczeństwa, tworzą świat, którego syty i zapracowany mieszkaniec dużego miasta nie chce często zauważać. Nie uczestniczą w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, nie mają swojej reprezentacji politycznej, nie stanowią obiektu zainteresowania mediów. Stąd każdy, kto gotowy jest wysłuchać ich historii, a nawet je upublicznić, spełnia bardzo ważną funkcję – przywraca ich do społecznego obiegu.

Prawdziwym bohaterem książki pt. „Nie ma o czym mówić” jest „język ulicy” – żywy, dynamiczny, prawdziwy, bez cenzury. W myśl powiedzenia: „granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata” ujawnia on stan umysłu, potrzeby, marzenia i przekonania jego użytkowników, przybliżając nas tym samym do nich. Jednak język to nie tylko narzędzie do wyrażania siebie, swojej indywidualności, ale także nośnik społecznych podziałów i hierarchii. Kiedy głos pewnych grup, społeczności, narodów jest niesłyszalny, kiedy nie posiadają one swojej reprezentacji – w polityce, mediach, kulturze i innych sferach życia, język może wykluczać, marginalizować, spychać w niebyt. I to jest wielka przestroga tej książki – pamiętajmy o istnieniu tych, którzy tak jak „ryby i dzieci głosu nie mają”.

Wszystko to, o czym wspomniałam do tej pory sprawia, że na książkę „Nie ma o czym mówić” patrzę raczej jak na specyficzną formę publicystyki. Nie czyni ona, moim zdaniem, z autorki – pisarki. Martę Szarejko i Izabelę Szolc, przywoływaną przeze mnie przy okazji recenzowania zbioru opowiadań pt. „Naga”, łączą przynajmniej dwie rzeczy – publikują w czasopiśmie „Bluszcz” i Wydawnictwie Amea. Trudno więc oprzeć się pokusie porównań: Izabela Szolc – Marta Szarejko – 1:0.