B. Belitz „Pożeracz snów”
Wydawnictwo Znak Emotikon
Kraków 2011
„Pożeracz snów” to druga powieść dla młodzieży w moim dorosłym zazwyczaj repertuarze i zarazem kolejne spotkanie z gatunkiem paranormal romance. Tym razem w roli głównej występują, oprócz ludzi, zmory, demony, mieszańce i kambiony. Bardziej niż same książki zaczyna interesować mnie zjawisko popularności tego typu literatury i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o jej źródło, kontekst kulturowy. Obiecałam sobie już, że jak tylko wygospodaruję trochę więcej wolnego czasu, przestudiuję temat i skrobnę jakiś tekst poświęcony tym zagadnieniom. A może sami czytelnicy udzielą mi satysfakcjonujących wyjaśnień? Zapraszam do dzielenia się prywatnymi teoriami :). Tymczasem…
Ellie, główną bohaterkę powieści B. Belitz, poznajemy w dość trudnym dla niej momencie. Rodzice nastolatki, na rok przed jej maturą, podjęli decyzję o przeprowadzce z dużego miasta na wieś, przewracając tym samym jej życie do góry nogami. Nowa szkoła, otoczenie, rówieśnicy to dla dziewczyny duże wyzwanie, bowiem nawiązywanie kontaktów sprawia jej dużo trudności. Ellie czuje się inna, zagubiona, osamotniona (nawet będąc wśród ludzi), a w nowym miejscu szybko zyskuje etykietę zarozumiałej „panienki z miasta”. Mało kto przypuszcza, że ta agresywna, zdystansowana poza i pozorna pewność siebie maskują tylko lęk, zakłopotanie i niepewność. Jeśli dodać do tej charakterystyki informację, że główna bohaterka jest dość apatyczna, bierna i łatwo zapada w sen, otrzymamy stereotypowy obraz neurotycznej nastolatki. W zasadzie nie wiadomo, skąd u Ellie takie skłonności. Rodzice sprawiają wrażenie ciepłych, aktywnych, kochających się ludzi, którzy troszczą się o swoją córkę. Pewien zgrzyt, jakże istotny z perspektywy dalszych wydarzeń, stanowi fakt, że brat dziewczyny uciekł z domu jako młody chłopak. Co go do tego skłoniło, skoro funkcjonowanie tej rodziny wydaje się takie sielankowe? Tajemnica, która kładzie się cieniem na całym ich życiu. Ellie pewnie nigdy by jej nie odkryła, gdyby w jej życiu nie pojawił się Colin – groźnie wyglądający, tajemniczy młodzieniec na pięknym koniu, mieszkaniec leśniczówki, cieszący się lokalną, zasłużoną sławą dziwaka. To jedyna osoba, przy której czuje się ona bezpiecznie, chociaż nie jest to relacja łatwa i przyjemna. Zarówno kontakt z rodzicami jak i znajomość z Colinem stają się dla Ellie źródłem rozdarcia – dorośli wyraźnie nie zapałali sympatią do nowego kolegi córki (przyczyn nie zdradzę!), on z kolei na przemian przyciąga ją i odpycha. Kto w tym gronie ma szczere i czyste intencje, a kto prowadzi wyrachowaną grę? Gdzie przebiega granica między prawdą a kłamstwem, jawą a snem? Komu można naprawdę zaufać? Najlepiej – samej sobie.
Chociaż świat istot nadprzyrodzonych wydaje się być clou takich jak ta historii, ja zawsze staram się skupić podczas lektury na „czynniku ludzkim” :). Najciekawsza w tej książce jest bowiem obserwacja procesu dojrzewania głównej bohaterki. „Pożeracz snów” to opowieść o odnajdywaniu siebie, o trudnej sztuce bycia sobą – sztuce, której uczymy się przez całe życie. Wraz z przeprowadzką na wieś Ellie traci kontakt z przewidywalną rzeczywistością, w której dotychczas funkcjonowała i wypracowała sobie pozycję towarzyską, zapewniającą ochronę przed piętnem bycia „inną”. Z dala od tego świata dopada ją jednak refleksja, że szczebioczące przyjaciółki, imprezy, alkohol i ciuchy nigdy nie robiły na niej wrażenia. Uczestniczyła w tym targu próżności, bo dzięki temu była mniej sama. Jeśli nie miasto, to może wieś okaże się dla Ellie miejscem przeznaczenia? Nie jest to dla niej jasne od początku. Brak zasięgu, nieoswojona przestrzeń domu, szalejąca przyroda, szkolne w(y)padki – pobyt tutaj nie zaczyna się dobrze. Kiedy główna bohaterka poznaje Colina i odkrywa rodzinną tajemnicę, okazuje się, że po raz kolejny los spłatał jej figla. Jak bowiem żyć w zawieszeniu pomiędzy światem ludzi i demonów? Określić siebie w całym tym galimatiasie to nie lada wyzwanie, które, chcą nie chcąc, Ellie musi podjąć, w myśl zasady „weź sprawy w swoje ręce albo giń”. Główna bohaterka przechodzi więc przyspieszony kurs dorosłości, a przy okazji staje się wewnątrzsterowna.
W „Pożeraczu snów”, jak sam tytuł wskazuje, ważną rolę odgrywają marzenia senne. Zjawisko to fascynuje badaczy maści wszelakiej od dawna (a na pewno od czasów Freuda), ale także, na szczęście, zajmuje pisarzy (niech sobie naukowcy nie myślą, że mają monopol na „produkowanie” wiedzy :)). W książce B. Belitz sny pojawiają się niczym sygnał z innego, podświadomego świata. Co więcej, stanowią one esencję każdej istoty, jej konstytutywny element. Człowiek bądź zwierzę snów pozbawione, egzystuje jakby połowę mniej. Ciekawym okazał się pomysł, aby zmory, bohaterki ze świata nadprzyrodzonego, wyposażyć w zdolność polowania na cudze sny. Belitz podnosi ich rangę, skłania do tego, aby traktować je poważnie, przekazuje także garść ciekawych refleksji „na temat” („Ludzie dzisiaj posiadają o wiele za dużo, cierpią na nadmiar bodźców, przesyt, po brzegi są wyładowani obrazami, informacjami, wrażeniami. Prawie się nie ruszają, zaniedbują swoje ciała. Już nie śnią tak dużo. Wasze światy marzeń sennych są bliskie zagłady” s. 392). Doprawdy, trudne jest życie zmory :).
Książka niemieckiej pisarki ma jedną istotną wadę - jest przegadana! Przez pierwsze 200 stron (sic!) akcja rozwija się w żółwim tempie, co nie raz wywoływało we mnie odruch buntu – „nie będę już tego czytać”. Potem jest już zdecydowanie lepiej, choć fabuła rozwija się w przewidywalny sposób. Na plus trzeba autorce zaliczyć wyrafinowany język i sposób obrazowania, nie tak znowu częsty w powieściach tego typu. Spisało się także polskie wydawnictwo – okładka jest bardzo intrygująca. Bilans potencjalnych zysków i strat, wynikających z lektury, każdy Czytelnik musi sporządzić sobie sam. Życzę miłych snów, bo kończę pisać w porze nocnej :).



