sobota, 1 października 2011

„Kuba – wyspa jak wulkan gorąca…”

K. Mroziewicz „Fidelada”
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2011









Kuba: wyspa-paradoks. Przez jednych uważana za siedlisko okrutnej dyktatury, relikt przeszłości, muzeum komunizmu i dowód na kompromitację Systemu, przez innych traktowana jako symbol niezależności, niezłomności i walki z imperializmem. Równie ambiwalentne uczucia musiała wzbudzić ona w autorze książki „Fidelada. Podróż w czasie politycznym”, wybitnym dziennikarzu i komentatorze spraw międzynarodowych – Krzysztofie Mroziewiczu, skoro tytuły dwóch głównych rozdziałów jego najnowszej publikacji zawierają odpowiednio słowa: „fascynacje” i „irytacje”. Późniejszy ambasador RP w Indiach, Nepalu i Sri Lance pracował w latach 1976-77 na Kubie w międzynarodowej brygadzie, która budowała pałac dla dzieci – z kinem, teatrem, pracowniami modelarskimi, basenami, muzeami, stacją kolejki. Swoje wrażenia spisał i wydał w 1978 roku pod tytułem „Guantanamera. Korespondencja z Hawany”. „Fidelada”, oprócz przedruku tamtego tekstu, zawiera ponadto garść bardziej współczesnych refleksji na temat eksperymentu kubańskiego, pisanych, jak sugeruje autor, z punktu widzenia kogoś, komu daleko już do entuzjazmu młodego rewolucjonisty. Na książkę Mroziewicza składa się niezwykle obszerny i bogaty materiał, dużo w niej zaawansowanej polityki (np. analiza relacji Fidela z kolejnymi prezydentami amerykańskimi), ale można też czytać ją według innego klucza: jako komentarz do pewnych obiegowych skojarzeń, które wywołuje dźwięk słowa „Kuba”.

„Kuba – wyspa jak wulkan gorąca” – głosi refren jednej z polskich piosenek z lat 50-tych. Nie wiadomo, czy autor tekstu był kiedykolwiek na Karaibach, ale zdaje się, że trafnie uchwycił atmosferę wyspy – i nie chodzi tu bynajmniej o temperaturę powietrza. „Seks na Kubie, mimo rygorów surowej obyczajowości i propagandy socjalistycznej radzieckiego chowu, był wszechobecny i żaden gorset nie potrafił go zdusić. Działały posady, czyli hotele na godziny, były czynne kluby, jak Szeherezada, w których panowały egipskie ciemności i gdzie kelner mógł jedynie mikroskopijną latareczką oświetlać kwotę na rachunku” (s. 218) – pisze Mroziewicz. Tym, dla których zabrakło miejsca w lokalach, Kuba oferowała wspaniałe okoliczności przyrody – wody Zatoki Meksykańskiej posłużyły jako miejsce spotkań niejednej parze. Erotyka w kraju ogarniętym Rewolucją musi być jednak sprawą wagi państwowej. Dziennikarz z uśmiechem wspomina perturbacje „międzynarodowe”, jakie wywołała publikacja fragmentów reportażu pt. „Gryząc trzcinę” w tygodniku studenckim „itd”. Pisał w nim o zafrze, czyli kilkumiesięcznych żniwach („Kuba była Kuwejtem cukru” s. 122), które gromadziły tysiące oddelegowanych pracowników fabryk i instytucji. Z dala od domu, po ciężkim dniu pracy, oddawali się często uniesieniom miłosnym na polach trzcinowych. Mroziewicz, po oficjalnym proteście ambasady kubańskiej w Warszawie, został wezwany przez ambasadora PRL w Hawanie i zapytany: „Co wy, towarzyszu Krzysztofie, piszecie – że oni się na tej zafrze bez przerwy pieprzą?” (s. 127). Atmosfera tropików, wybujały temperament Kubańczyków – wszystko to z pewnością decyduje o „zmysłowym” charakterze wyspy. Nie należy zapominać jednak, że w kraju rządzonym twardą ręką, w którym nic (albo niewiele) zależy od obywatela, w zachowaniach seksualnych wyraża się też jego wolność.

Kuba widziana oczami Mroziewicza to przede wszystkim Kuba Fidela Castro. Trudno dziwić się tej optyce, skoro przez ostatnie 50 lat sprawował on właściwie nieograniczone rządy na wyspie. Nawet jeśli nie jest obecny w książce bezpośrednio, duch Rewolucji, którą zapoczątkował, wyziera z każdego kawałka opisywanej rzeczywistości, na którą składają się i Komitety Obrony Rewolucji, i kartki na żywność, i prześladowania niepokornych. „Na początku swojej rewolucji Kuba była krajem z pierwszych stron gazet. Dziś na pierwsze strony gazet też trafia, jednak nie dlatego, że jest krajem fascynującym jak kiedyś, natomiast dlatego, że pozostając nadal piękną wyspą, jest krajem odrażającym i przerażającym” (s. 415). W 2010 roku polską prasę obiegły zdjęcia kubańskiego dziennikarza, Guillermo Farinasa, który przez kilka miesięcy prowadził strajk głodowy, aby skłonić reżim do wypuszczenia dysydentów z więzień i zwrócić uwagę opinii publicznej na całym świecie. Apelował wtedy także do niego w dramatycznych słowach Lech Wałęsa. Po raz kolejny okazało się, że przewrót oparty na szlachetnych intencjach, zaowocował tragicznym finałem.

Rewolucja kubańska wymierzona była w krwawą dyktaturę Fulgencio Batisty. Grupa młodych ludzi, zorganizowanych wokół prawnika Fidela Castro, już w 1953 roku podjęła próbę obalenia reżimu, atakując koszary Moncada w Santiago. Akcja zakończyła się niepowodzeniem, a przywódcę rebeliantów skazano na 15 lat więzienia. Wypuszczony po dwóch latach (w wyniku amnestii), wyemigrował do Meksyku, gdzie rozpoczął przygotowania do kolejnej ekspedycji i poznał Ernesto Che Guevarę, późniejszego prezesa Centralnego Banku Kuby. Obaj stali się poniekąd ikonami kontestatorów. Pod koniec 1956 roku grupa 82 osób wyruszyła na małym stateczku Granma w stronę wybrzeży Kuby. Partyzanci zostali odkryci przez wojska Batisty, a spośród załogi ocalało zaledwie 12 osób, które później schroniły się w górach Sierra Maestra. Oddział stopniowo rozrastał się, podejmując wielokrotnie próby obalenia dyktatora, aż ostatecznie w styczniu 1959 roku Fidel Castro wraz z towarzyszami wkroczył do Hawany. Tak mniej więcej potoczyła się historia, która zbudowała mit założycielski wolnej Republiki Kuby.

Dramat Kubańczyków polega na tym, że walcząc o niepodległość, ciągle popadali w relacje zależności. Wieki kolonizacji hiszpańskiej doprowadziły do całkowitej zagłady miejscowej ludności i uczyniły z wyspy centrum handlu niewolnikami, sprowadzanymi z Afryki. Schedę po Europejczykach przejęli Amerykanie, obejmując Kubę faktycznym protektoratem. Pomimo tego, że w 1902 roku ogłoszono powstanie samodzielnej republiki, pozostawała ona w sferze wpływów USA (pamiątką po tym okresie jest słynna baza Guantanamo). Z kolei rewolucja Fidela Castro, antybatistowska i antyamerykańska, popchnęła kraj w objęcia „Wielkiego Brata”. I chociaż zimna wojna już dawno się skończyła, a Związek Radziecki rozpadł, Kuba nadal trwa, tak jak trwała – jakby „zamrożona”. Gdzieś ponad tym politycznym fermentem unosi się zaś cierpienie „zwykłych ludzi”, którzy codziennie zmagają się z ograniczeniami i represjami.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że eksperyment kubański ma nadal wielu popleczników. Do tych najbardziej znanych należy m. in. Gabriel Garcia Marquez, literacki noblista. Ostatnio miałam też okazję oglądać na poznańskim Festiwalu Transatlantyk dokument Oliviera Stone’a pt. „South of the Border” – relację z podróży reżysera do Ameryki Południowej, która, w opozycji do amerykańskich przekazów medialnych, miała pokazać „ludzką twarz” przywódców Wenezueli, Argentyny czy Kuby właśnie.

Na okładce „Fidelady” czytamy taką oto rekomendację Marcina Wesołego, podróżnika: „Kluczem zaś do zrozumienia tego kubańskiego czy karaibskiego świata wydaje się utrzymanie w niełatwej symbiozie nabytych tam osobistych fascynacji oraz… frustracji. Z tego powodu dwuczęściowa „Fidelada” jest kompletna i przyciąga siłą wiarygodności jej Autora”. Nic dodać, nic ująć. Polecam!

Za książkę dziękuję serdecznie:

środa, 21 września 2011

Wojna oczami kobiet

Ł. Modelski „Dziewczyny wojenne”
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011









Nie sposób pisać o „Dziewczynach wojennych” w oderwaniu od książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” S. Aleksiejewicz. Nie chodzi bynajmniej o to, że publikacja Łukasza Modelskiego miałaby być polską odpowiedzią na reportaż białoruskiej dziennikarki, ale raczej o to, że obydwie pozycje zapełniają pewną lukę w tradycyjnej historiografii, w której zwykle nie docenia się roli „niewiast”, „białogłowych”, „puchów marnych”. Za sprawą tegorocznej laureatki 2. edycji Nagrody im. R. Kapuścińskiego wojna kobiet zaistniała jako temat społecznej debaty, ale mam wrażenie, że autorka wpisała się swoją pracą w szerszy kontekst – nowy nurt (a może nie taki nowy?) pisarstwa historycznego, w którym liczą się nie tyle „twarde fakty”, co emocje, doświadczenia osobiste, refleksje. Ciekawie pisze o tym tutaj, w odniesieniu do historii wojskowości, twórca bloga Czas Gentlemanów, z wykształcenia historyk. Książka Modelskiego wydaje się być reprezentantką tego trendu.

„Dziewczyny wojenne” to zbiór jedenastu opowieści o kobietach, które czynnie przeciwstawiły się dominacji niemieckiego okupanta. Warto wymienić je z imienia i nazwiska, aby czas ich nie zatarł: Halina Rajewska, Magdalena Rusinek, Halina Cieszkowska, Zenobia Żurawska, Barbara Matys, Jadwiga Piłsudska, Irena Baranowska, Wanda Cejkówna, Lidia Lwow, Alicja Wnorowska, Zofia Wikarska. Przed 1 września 1939 roku zajmowały się różnymi rzeczami: uczyły się, studiowały, uprawiały sporty (niektóre ze świetnymi wynikami), działały w harcerstwie. Wojna brutalnie wkroczyła w ich życie, przewracając świat do góry nogami, weryfikując marzenia i plany. Jeszcze wczoraj beztrosko wyobrażały sobie swoją przyszłość (dom, rodzina, praca, kariera), a już kolejnego dnia przyszło im zmagać się z kompletnie inną rzeczywistością. I radziły sobie tak, jak umiały: pełniły funkcje łączniczek i sanitariuszek, ratowały żydowskie dzieci, ukrywały konspiratorów, brały udział w akcjach egzekucyjnych AK.

Jest ta książka świadectwem odwagi (a nawet brawury), honoru, sprytu i zaangażowania w sprawy kraju. Nie ma w niej natomiast (czego się trochę obawiałam) patosu i nachalnego eksponowania swojego bohaterstwa, co być może odróżnia wojenne relacje kobiet od męskich narracji na ten temat. Autor zdecydował się oddać głos swoim rozmówczyniom, czasem tylko krótko uzupełniając ich wspomnienia, a one nie były raczej skłonne do mitologizowania własnej przeszłości. Czasem odnosiłam wrażenie, że znalazły się w tym kole zamachowym Historii przypadkiem, nie do końca mając świadomość tego, na co się decydują. Za przykład niech posłuży tutaj Zenobia Żurawska, która zgłosiła swój akces do oddziału żywych torped (sic!). Po latach mówi o tym tak: „Ogłoszenie o żywych torpedach na uniwersytecie czytała masa ludzi. I wszyscy poszliśmy (…). Żeby się zapisać, trzeba było stać w długiej kolejce. Zgłosiło się bardzo dużo dziewczyn (…). Tam byli sami młodzi, rozpalone głowy. Kapitan nas zaprzysięgał. Każdego pojedynczo. I wyjaśniał, o co chodzi. Jakoś do mnie nie docierało, że mam być sterem torpedy i że ta torpeda mnie w końcu rozerwie. Chyba nikt o tym nie myślał. W kolejce żartowano, ktoś opowiadał kawały, nikt się nie martwił” (s. 94-95). Trudno się dziwić tej „lekkomyślności”, skoro wiele „dziewczyn wojennych” 1 września 1939 roku miało dopiero kilkanaście lat!

Wojna to czas okrutny i nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak smakuje strach przed zdemaskowaniem, niepewność o losy bliskich osób (a rozdzielały się przecież całe rodziny), wszechobecność śmierci. O dziwo, w relacjach bohaterek książki Modelskiego takie emocje nie pojawiają się zbyt często (a przynajmniej nie mówi się o nich otwarcie, bezpośrednio). Czy to oznacza, że się nie pojawiały? Być może niepełna świadomość podejmowanego ryzyka neutralizowała w pewnym stopniu lęki, jednak bardziej jestem skłonna przypuszczać, że zaangażowanie w konspirację trzymało je w pionie, nie pozwalało nadmiernie rozczulać się nad sobą. Co oczywiście nie umniejsza ich godnych podziwu zasług.

„Dziewczyny wojenne” warto czytać ku pamięci i ku przestrodze. Polecam - premiera książki już 22 września!

piątek, 16 września 2011

Ku pamięci („Przypomnij sobie” E. Hirvonen)

E. Hirvonen „Przypomnij sobie”
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2008









Ścigam się ostatnio z czasem, badam granice jego rozciągliwości, ale ciągle jestem o krok do tyłu. Czytam, ale nie mam zbyt wiele sposobności, aby pisać. Wiem, że jeśli odłożę książkę na zbyt długo, trudno będzie mi przelać wrażenia z lektury „na papier”, postanowiłam więc tymczasowo przestawić się na blogu na system robienia krótkich notatek.  

„Przypomnij sobie” to literacki debiut fińskiej prezenterki i dziennikarki telewizyjnej. Aż trudno w to uwierzyć! Elina Hirvonen zaproponowała bowiem czytelnikom pisarstwo na najwyższym poziomie: dojrzałe, wiarygodne psychologicznie, dopracowane pod względem stylu i języka. Niełatwe, bo mowa w nim o zwichrowanych ludzkich losach, dysfunkcyjnych rodzinach i niezdarnych próbach radzenia sobie z „losem”.

Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością, choć obydwoje młodzi. Naznaczeni piętnem rodzinnego dramatu, owładnięci wspomnieniami z dzieciństwa. Jak potoczą się ich losy, kiedy spróbują stworzyć związek, być ze sobą? Anna jest córką despotycznego ojca i uległej matki, a także siostrą Jonasza. Ian to syn weterana wojny w Wietnamie oraz hipiski. Anna zmaga się z natrętnym poczuciem winy, które towarzyszy rozbudowanemu poczuciu odpowiedzialności. Ian ucieka z kolei od traumy ataków terrorystycznych na World Trade Center i przeżywa swoją niespełnioną relację z ojcem. Co wyniknie z połączenia tych dwóch światów?

Hirvonen bardzo trafnie pokazała rodzinę jako system naczyń połączonych, zbiór „elementów”, które tworzą określoną strukturę i pozostają ze sobą w interakcji. Wpływ tego systemu na życie każdego z nas jest ogromny, ale dom zaburzony, toksyczny, naznaczony przemocą psychiczną, fizyczną czy uzależnieniami, wikła człowieka w sposób szczególny. Zasady, które w nim obowiązują, nie znajdują bowiem zastosowania w tak zwanym świecie zewnętrznym. Członkowie rodziny, aby system mógł trwać w stanie bezpiecznej równowagi, przyjmują na siebie pewne role, które są dla nich często źródłem nieuświadomionych napięć i frustracji. Tak jak w przypadku Anny, świadka dramatycznych konfliktów między ojcem a bratem (zresztą późniejszym pacjentem szpitali psychiatrycznych), które ona czuje się w obowiązku łagodzić, a także po nich „posprzątać”. Funkcja „ratownika” rzutuje chociażby na jej relacje z mężczyznami: „Moje związki opierały się na opiece i rozpaczy. Z językiem na brodzie goniłam za narkomanami, którzy przerwali detoks, za złodziejami samochodów oczekującymi na odsiadkę i za alkoholikami marzącymi o rewolucji. Byłam w ustawicznej gotowości bojowej, skora do spłacania starych długów albo poszukiwania torebki z amfetaminą ukrytej w regale z książkami (…). Im bardziej ubłocony człowiek spał w moim łóżku, tym bardziej czułam się czysta” (s. 88-89). W kontekście rozważań o trudnym dzieciństwie i uwikłaniach rodzinnych autorka zadaje jeszcze jedno ważne pytanie: o pamięć przeszłości i jej rolę w konstruowaniu tożsamości. Hirvonen decyduje się tu na pewien dwugłos, wkładając w usta bohaterów odmienne racje: „Tylko pamiętając, możemy zrozumieć cokolwiek z tego, co wiemy o sobie” (Ian, s. 11) oraz „Pamięć to jedna z przeciwności losu, wobec których jesteśmy bezsilni” (Anna, s. 11). Komu z nich wierzyć? Nie da się uciec od wspomnień, zdaje się mówić pisarka, trzeba włączyć je w spektrum swojego doświadczenia, uznać za ważne, jakiekolwiek by były. Trudne? Z pewnością. Ale możliwe.

czwartek, 8 września 2011

Melodramatycznie


E. Mendoza „Niewinność zagubiona w deszczu”
Wydawnictwo Znak Literanova
Kraków 2011








Eduardo Mendoza, popularny hiszpański pisarz, znany prześmiewca i mistrz zabawy literacką konwencją, tym razem wziął na warsztat melodramat. „Niewinność zagubiona w deszczu” to, napisana z należytą emfazą, jak na ten gatunek przystało, historia zakazanego uczucia młodej zakonnicy, przeoryszy Sióstr Miłosierdzia oraz bogatego i przystojnego kobieciarza – Augusta Aixela de Collbato. Uczucia, dodajmy, pogmatwanego, bo jak to w melodramatach bywa, na drodze do szczęścia bohaterów pojawiają się liczne przeszkody.

Siostra Consuelo ma ambitny plan, ale brakuje jej środków finansowych na jego realizację: chciałaby przekształcić miejscowy Szpital, źle wyposażony i podupadający, w nowoczesny ośrodek pomocy społecznej. Myśl to śmiała, zważywszy że mamy lata pięćdziesiąte XX wieku, a historia rozgrywa się w małym miasteczku San Ubaldo w Katalonii. Zakonnica, licząc na hojność darczyńców, odwiedza różne wpływowe osobistości prowincji Barcelona, zachęcając je do materialnego wsparcia pomysłu. W ten sposób trafia pewnego letniego popołudnia do posiadłości Augusta. Rozmowy, z początku całkiem niewinne, z czasem nabierają charakterystycznej dla flirtu dwuznaczności. Młodą przeoryszą zaczynają targać sprzeczne emocje, dynamika których jest dla niej niezrozumiała: radość ustępuje miejsca rozpaczy, a stan błogości przeistacza się w lęk. Nie może znaleźć sobie miejsca, szuka pretekstów, aby odwiedzić mężczyznę, który wzbudził w niej tak gwałtowne uczucia. Zaniepokojona plotkami o Nim (ma opinię kobieciarza, „łowcy” i „kolekcjonera” damskich serc), fachowo bierze pod włos służącą Pudencianę i przeprowadza „wywiad środowiskowy”. Jednak „serce nie sługa”, na nic się zdają próby racjonalizacji i szukanie wsparcia w niebiosach. Siostra Consuelo daje się ponieść namiętności, ale czy dobrze ją ulokowała? Tego oczywiście nie zdradzę, dość wspomnieć, że sytuację skomplikuje pojawienie się pewnego… rozbójnika.  

Eduardo Mendoza jest bardzo sprawnym pisarzem, a sprawność ta wyraża się tym, w jaki sposób bawi się językiem. Dziedzic i zakonnica prowadzą ze sobą gęste od ukrytych znaczeń, podszyte erotyką rozmowy. Autor przyswoił sobie natchniony, miłosny język właściwy melodramatom, umiejętnie go trawestując. Nie tylko „słownik” nawiązuje do tego gatunku literackiego, ale także pewna teatralność zachowań bohaterów. Kiedy wysoko w górach na rękach siostry Consuelo umierał postrzelony przez policjantów rozbójnik, nie mogłam uniknąć skojarzeń ze słynną średniowieczną „Pieśnią o Rolandzie”, który to uprawiał ars moriendi. „Niewinność zagubiona w deszczu” nie jest jednak całkiem odrealniona, oderwana od rzeczywistości. We wstępie do książki autor tłumaczy, że chodziło mu również o „odtworzenie pewnego okresu najnowszej historii, który jednak wydaje się nam niezwykle odległy” (s. 5). Pojawiają się w niej zatem konkretne tropy: „potop” pustoszący Bassoraę nawiązuje wprost do serii powodzi z końca lat pięćdziesiątych XX wieku, a postacie rozbójników to literackie odpowiedniki partyzantów.  

„Niewinność zagubioną w deszczu” warto czytać w ponure, jesienne wieczory (które zapewne niebawem nadejdą), bo to solidna porcja rozrywki. Swoją drogą: historia siostry Consuelo powstawała z myślą o… teatrze. Z projektu teatralnego wyszło wprawdzie długie opowiadanie, ale może warto byłoby je przenieść na deski?:)

poniedziałek, 5 września 2011

Kryminał o smutnych ludziach



J. C. Wagner „Milczenie”
Wydawnictwo Akcent
Warszawa 2011








Podobno „nie szata zdobi człowieka” i „nie ocenia się książki po okładce”. Morał płynący z tych ludowych mądrości wydaje się jasny: zewnętrzne piękno może nas zwieść na manowce, wpuścić w maliny, wyprowadzić w pole. To, co wartościowe i autentyczne, zazwyczaj kryje się „w środku”. Tymczasem pierwszy kontakt z lekturą to w dużej mierze kontakt z obwolutą właśnie. Oczywistym jest, że nawet najbardziej wyrafinowana szata graficzna nie „uratuje” publikacji w oczach wymagającego i krytycznego czytelnika, jeśli treść nie będzie spełniała jego standardów. Głęboko wierzę jednak, że książka może być przedmiotem artystycznym i dostarczać także, oprócz bodźców emocjonalnych i intelektualnych, wrażeń natury estetycznej.

Okładka powieści „Milczenie” J. C. Wagnera zahipnotyzowała mnie od pierwszego wejrzenia. Nie dzieje się na niej wiele, ale ma w sobie coś mrocznego, tajemniczego, intrygującego. Zielonkawa tafla wody, w której odbijają się drzewa, w tle rower i ledwie rozpoznawalny czerwony samochód. Odczułam lekki niepokój. Jak się później okazało, każdy z tych elementów odgrywa w opowiedzianej tu historii znaczącą rolę.

Rzecz dzieje się w Finlandii, głównie w Turku, dawnej stolicy kraju, z rzadka tylko przenosząc się do Helsinek. Trzydzieści trzy lata po tym, jak Pia Lehtinen została zgwałcona i zamordowana nieopodal swojego domu, obok miejsca, w którym stoi krzyż upamiętniający to tragiczne wydarzenie, policja znajduje rower nastolatki, Sinikki Vehkasalo. Podobieństwo do sprawy z 1974 roku wydaje się uderzające. Śledztwo prowadzi młody komisarz, Kimmo Joenta, ale niezbędna okaże się także pomoc Antsi Ketoli, świeżo co emerytowanego policjanta, dla którego zagadka śmierci Pii Lehtinen była pierwszą w karierze. Czy morderca powrócił, aby kontynuować swoje dzieło zniszczenia? – to pytanie zadają sobie wszyscy, również media. Dzięki nim o zniknięciu Sinikki dowiaduje się uczestnik wydarzeń sprzed lat, co prowokuje go do rozliczenia się z własną przeszłością i tożsamością…

„Milczenie” J. C. Wagnera to bez wątpienia kryminał, ale nie jest on klasycznym reprezentantem tego gatunku. Akcja snuje się powoli, ospale, autor drobiazgowo relacjonuje przebieg czynności śledczych. Poszlak w sprawie jest bardzo mało, więc policjanci często grzęzną w martwym punkcie. Każda z kluczowych postaci zmaga się ponadto z trudnościami, które angażują uczucia i myśli. Wagner stworzył w gruncie rzeczy opowieść o smutnych ludziach, którzy doświadczyli w swoim życiu niewyobrażalnej straty, o tym, w jaki sposób przeszłość istnieje, choć formalnie już przeminęła. Obserwujemy rodziców Sinikki, którzy próbują radzić sobie ze zniknięciem córki, oscylując między rozpaczą a nadzieją. Poznajemy matkę Pii Lehtinen, która, mimo upływu lat, nie potrafi pogodzić się z odejściem jedynego dziecka. Czy ujęcie mordercy pozwoliłoby jej zakończyć proces żałoby? Te dwie historie spaja niejako postać komisarza Kimmo Joenty – młodego wdowca pogrążonego we wspomnieniach o zmarłej żonie. Wszystko to sprawia, że „Milczenie” ma bardzo melancholijny i refleksyjny klimat. Za oryginalny pomysł uważam zabieg udzielenia głosu… sprawcy. Chociaż w kryminałach, które czytałam do tej pory, zdarzały się takie rozwiązania, żaden znany mi wcześniej autor nie poświęcił tyle miejsca i uwagi przestępcy, zagłębiając się w świat jego myśli i przeżyć. Dzięki temu, jak zauważył jeden z recenzentów, „Milczenie” staje się „niemal liryczną medytacją o winie i ponoszeniu odpowiedzialności za swoje czyny” (cytat z okładki).