poniedziałek, 28 listopada 2011

„Warszawą” przez świat

R. Sługocki „Od Wisły do Rzeki Perłowej”
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2011









„Podróże po świecie „warszawą” w 1957 roku w PRL wydawały się marzeniem ściętej głowy” – czytamy na okładce książki „Od Wisły do Rzeki Perłowej”, opublikowanej niedawno przez Wydawnictwo Zysk i S-ka w bardzo interesującej serii „Podróże retro”. Jaki zatem patent zastosowali Ryszard Sługocki i Zygmunt Rzeżuchowski, zwany „Zetem”, że ich wyprawa dookoła świata, sponsorowana przez „Express Wieczorny”, uzyskała „błogosławieństwo” samego Józefa Cyrankiewicza? Przepis na organizację takiego szalonego przedsięwzięcia mógłby z grubsza wyglądać tak: do marzeń o dalekich i egzotycznych krajach i wewnętrznego niepokoju, który „każe” być aktywnym, działać, poszukiwać nowych wrażeń, dodać należy sprzyjające okoliczności historyczne (np. odwilż po epoce stalinowskiego terroru), uprzywilejowaną jednak pozycję społeczną (np. dziennikarza prasy reżimowej), znajomości ułatwiające szybkie zdobycie prawa jazdy i paszportu oraz odrobinę pozytywnie rozumianej bezczelności. Wspomnieć by można jeszcze o odporności na złośliwe komentarze „życzliwych” kolegów po fachu, ot choćby początkującego dziennikarza „Przekroju” Ryszarda Kapuścińskiego, szydzącego, „że jeśli wyjazd dojdzie do skutku, zgodzi się być pchłą na mojej nodze” (s. 23).

Książka Ryszarda Sługockiego to obszerna, bogato ilustrowana relacja z podróży, która rozpoczęła się w Warszawie, a zakończyła w Chinach. Jej trasa przebiegała przez Czechosłowację, Austrię, Węgry, Jugosławię, Bułgarię, Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Indie i Birmę, a w drodze powrotnej przez Hongkong, Malezję, Sri Lankę, Jemen, Sudan, Egipt i Gibraltar. Podstawowym środkiem lokomocji i na czas wyjazdu – domem – dla dwóch odważnych dziennikarzy był, użyczony przez dyrektora FSO, „samochodopodobny pojazd o nazwie Warszawa” (s. 17). Dzielnie pokonywał on wyboiste płaskowyże i pustynie, górskie szlaki i… rzeki. Doniesienia z kolejnych etapów wyprawy, które sukcesywnie ukazywały się na łamach „Expressu Wieczornego”, były zapewne dla jego czytelników swoistym oknem na świat. Lektura wspomnień Sługockiego i Zeta to jakby przyglądanie się zatrzymanym w kadrze obrazom epoki, która już minęła.

Najciekawsze fragmenty opowieści polskiego dziennikarza i późniejszego dyplomaty zaczynają się od momentu, kiedy uczestnicy car tripu przekraczają turecko-irańską granicę. W książce pojawia się wówczas więcej spostrzeżeń natury antropologicznej, historycznej czy socjologicznej niż, jak do tej pory, obyczajowo-towarzyskiej. Rajd przez „bratnie kraje” upływał bowiem pod znakiem oficjalnych wizyt i alkoholu. W Czechosłowacji przyjmuje ich minister spraw zagranicznych, odwiedzają także parę podróżników – Zigmunda i Hanzelkę, która przejechała tatrą Afrykę. W Austrii wpadają w spiralę spotkań z prasą i tamtejszą Polonią, a w Jugosławii z kolei stawiają się na rozmowę kolejno u wiceprezydenta oraz ministra kultury i sportu – i tak w koło Macieju. Dopiero w trakcie pobytu w Turcji zmienia im się trochę perspektywa – odmienny od tego, co dobrze znane kontekst kulturowy wytrąca z równowagi, zaostrza zmysły, skłania do porównań i refleksji, wędrówek i poznawania zabytków. Iran, Afganistan czy Pakistan to już zupełnie inna „bajka”. We wstępie do książki autor z niejaką dumą pisze, że „do dnia dzisiejszego nikomu nie udało się przejechać samochodem tej samej trasy” (s. 9). Czy jeszcze kiedyś jakiś obieżyświat powtórzy ten wyczyn? Kilka państw, które w latach 50-tych odwiedzili Sługocki i Zet stanowi obecnie punkty zapalne na mapie świata. Większą przeszkodą niż pieniądze czy odpowiedni sprzęt wydaje się być współcześnie wzajemna wrogość między narodami, która niweczy poczucie bezpieczeństwa i elementarne zaufanie do „innych”. Dlatego fakt, że możemy podglądać codzienne życie Iranu czy Afganistanu od środka, jest niezaprzeczalnym atutem tej publikacji.

Książka „Od Wisły do Rzeki Perłowej”, choć zawiera relacje z podróży po dalekich krajach, jest też w pewnym sensie narracją o Polsce tamtych lat. Dzięki temu, że uczestnicy wyprawy korzystali wielokrotnie z pomocy placówek dyplomatycznych, rozsianych po całym świecie, czytelnik może zobaczyć na przykład, jaką wagę przykładano wówczas do polityki międzynarodowej. Obraz funkcjonowania polskich ambasad, poselstw i misji handlowych, jaki wyłania się z tej opowieści, budzić musi uśmiech politowania. Sługocki komentuje to wprost: „Przez niemal dwa tygodnie, szturmując bezskutecznie konsulat Iranu i Afganistanu, chcąc nie chcąc uczestniczyliśmy w codziennym życiu polskiego grajdołka, polegającym głównie na czynnościach rozrywkowo-wypoczynkowych na koszt górników, hutników i całej reszty mas pracujących PRL” (s. 106). Ulubionym zajęciem radcy handlowego i ambasadora w Turcji była gra w karty, a ich żon – zakupy. Profesor Zajączkowski – orientalista turkolog, oczekujący na zgodę władz na wstęp do sułtańskiego archiwum, lubował się w kontemplowaniu tańca brzucha, zwłaszcza w wykonaniu Irlandki Pameli. Towarzysz poseł Sidor z Teheranu określał swój personel mianem „hien i przeżuwaczy ekskrementów” (s. 168), jego attache kulturalny „pieszczotliwie” wypowiadał się o swoim koledze Piprztyckim (radcy) jako o „wszawej mendzie”, a ten, nie pozostając mu dłużnym, twierdził, że „u attache Łaszcza niedostatek intelektu współgra z głębią niewiedzy” (s. 167). Osoby pełniące służbę dyplomatyczną w obcym kraju traktowały ją często jako formę zesłania. Rzadko posiadały odpowiednie kwalifikacje (poza partyjnym nadaniem) i ambicje, żeby poznawać kulturę i język regionu, w który przybyły, nie mówiąc już o aktywnym działaniu na rzecz budowania i poprawy stosunków międzypaństwowych. Podróż Sługockiego i Zeta to także liczne, czasami dość nieoczekiwane (np. na granicy pakistańsko-indyjskiej), spotkania z rodakami żyjącymi na obczyźnie. Jadąc przez Turcję, dziennikarze odwiedzają m.in. wioskę Adampol, którą zasiedlili, po 1831 roku, byli żołnierze powstania listopadowego. Na ciekawe polskie tropy natknęli się oni także w Teheranie (w 1942 roku kilkadziesiąt tysięcy Polaków przybyło tu z armią Andersa ze Związku Radzieckiego) i Afganistanie (postać Jana Witkiewicza).

Tym, co drażniło mnie w tej lekturze, był język, z pomocą którego opowiada się w niej o kobietach – głównie przez pryzmat ich fizyczności, redukując je często do roli obiektów seksualnych („Z silnika ciekło jak z dziewicy podczas menstruacji” – s. 17; „Za ladami sklepów stały zgrabne, młode i uśmiechnięte panienki, gotowe sprzedać wszystko i nawet może jeszcze więcej” – s. 46; „Łopatka, pod którą wstrzyknięto mi pentę, dżumę i cholerę, wezbrała jak pierś dorodnej dziewicy” – s. 68). Autorzy nie pozostają co prawda obojętni na dramatyczne historie kobiet muzułmańskich (opowieści Aminy czy Anette i Marie), ale zdają się nie zauważać ani tego, że przyczyniają się do nich, korzystając np. z tureckich burdeli, ani opresyjności własnej kultury (język).

„Niczego nie żałuję. Odbyłem wspaniałą podróż życia” – pisze w posłowiu Ryszard Sługocki. Dzięki tej książce taką przygodę mogą też przeżyć czytelnicy.

środa, 23 listopada 2011

Czytelnik jako świadomy konsument

Rzecz wydaje się godna uwagi! Tekst cytuję za portalem granice.pl


Nie tucz książkowego potwora! Kupuj u wydawcy!

Gdzie kupujesz nowości książkowe? W małych księgarenkach? W centrach handlowych? W księgarniach sieciowych?  A może za pośrednictwem Internetu? Zastanów się dobrze, bowiem Twoja odpowiedź może mieć wpływ na to, czy będziesz jeszcze miał co czytać…



- Wydawcy mają coraz większy problem z odzyskaniem pieniędzy za swoje książki z dużych sieci księgarskich – podkreśla Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka bestsellerowej serii "Cukiernia pod Amorem". - Przez to maleje liczba tytułów pojawiających się w księgarniach, przez to maleją nakłady na marketing, przez to coraz większe problemy mają redakcje pism i serwisów literackich, przez to z kolei cierpią czytelnicy, poszukujący interesującej i naprawdę dobrej lektury. I właśnie czytelnicy są największą nadzieją na ozdrowienie sytuacji. Świadomy klient, niczym świadomy obywatel, ma siłę, jakiej doświadczyli ostatnio najwięksi tyrani świata. Ponieważ wydałam w ciągu ostatniego roku ponad dwa tysiące złotych na książki w salonach sieci, niniejszym oznajmiam, że przestaję robić tam zakupy! W Waszych-naszych rękach, czytelnicy, los autorów, wydawców i książek. Kupujcie świadomie! Kupujcie w niewielkich księgarniach lub – najlepiej – przez Internet, bezpośrednio u wydawcy - nawołuje autorka.

Potwór na diecie?
– Wiele bardzo zasłużonych dla polskiej kultury wydawnictw ma w sieciach zamrożone ogromne pieniądze. Przez to publikacja wielu znakomitych książek, naprawdę wartościowej literatury jest odłożona na czas późniejszy, może też… w ogóle nie dojść do skutku! Dlatego chcemy zainaugurować akcję „Nie karm książkowego potwora! Kupuj u wydawcy!” – mówi Sławomir Krempa, redaktor naczelny wortalu literackiego Granice.pl.

Los książki w rękach czytelników!
- Wszyscy musimy wziąć odpowiedzialność za losy rynku książki w Polsce – mówi popierający przedsięwzięcie Grzegorz Raczek, redaktor naczelny portalu DuzeKa.pl – Każdy z miłośników książki powinien poinformować o zaistniałej sytuacji swoich znajomych i przyjaciół. Z pewnością dobrym sposobem będą serwisy społecznościowe. Na Facebooku pod adresem: http://www.facebook.com/niekarmksiazkowegopotwora pojawił się fanpage, który gromadzić ma zwolenników przedsięwzięcia. By go łatwo znaleźć, wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło: Nie karm książkowego potwora! Warto go polubić i polecić znajomym. Udostępniliśmy też specjalne grafiki z hasłem dotyczącym akcji i zachęcamy Internautów, by na określony czas zastąpili nimi swoje zdjęcia profilowe. Blogerów zachęcamy, by zamieszczali grafiki te na swoich stronach. Dzięki temu – mamy nadzieję – uda się dotrzeć także do osób, które książki kupują rzadziej, jako prezent na Boże Narodzenie czy urodziny. 

 - Powtórzmy: apelujemy do miłośników książki, by nabywali nowości wydawnicze bezpośrednio w księgarniach internetowych wydawców lub w księgarniach przez nich wybranych. Warto też kupować w niewielkich księgarenkach – podkreśla Krempa. – To bardzo ważna inicjatywa, szczególnie w okresie przedświątecznym, gdy sprzedaż książki bardzo dynamicznie rośnie.

Zatem powiedz STOP łakomym potworom odbierającym autorom wenę twórczą, wydawcom – serce do zaspokajania potrzeb czytelników, a wszystkim znajdującym upodobanie w delektowaniu się słowem pisanym – możliwość zagłębiania się w książki. Przyłącz się do akcji „Nie tucz książkowego potwora” i… wyślij go na dietę!”

wtorek, 22 listopada 2011

Wprost ze Szwajcarii

C. Kracht „Tu będę w słońcu i cieniu”
Wydawnictwo FA-art
Katowice 2011








Literatura wprost ze Szwajcarii (a może raczej Argentyny, bo tam podobno mieszka obecnie autor?) pojawia się w moim repertuarze niezwykle rzadko, dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po książkę Christiana Krachta pt. „Tu będę w słońcu i cieniu”. Teraz, już po lekturze, trudno mi jednoznacznie określić swoje uczucia względem niej. Jest to bez wątpienia tekst oryginalny, surowy, oszczędny, wytrącający z czytelniczej rutyny. Żeby przez niego przebrnąć, trzeba jednak oswoić się ze specyficzną formą narracji i koncepcją świata przedstawionego. Tłem i sensem tej opowieści jest bowiem wojna, i to wojna totalna, która trwa 96-ty rok. Nie ma już ludzi, którzy pamiętaliby czasy pokoju, przeszłość zlewa się w jedno, tworząc wielką, niezróżnicowaną plamę, a przyroda zatraciła swój naturalny rytm. Przewodnikiem po tej ponurej rzeczywistości jest Komisarz Partii w Nowym Bernie – czarnoskóry mężczyzna bez imienia i nazwiska, bo być może i one nie mają już znaczenia.

Spróbujmy uporządkować choć trochę treść i podstawową strukturę tej niewielkiej publikacji. Zacznijmy od tego, że Szwajcaria, główne miejsce akcji, występuje w niej pod nazwą „Szwajcarska Republika Radziecka”. Polityczna mapa świata, ogólnie rzecz ujmując, różni się od tej, jaką znamy obecnie: Indie są tu Hindustanem, a Australia – Imperium Wielkoaustralijskim. Jak się okazuje, wielki konfederat Lenin wcale „(…) nie wrócił zaplombowanym pociągiem do upadającej, napromieniowanej Rosji, lecz został w Szwajcarii, by tam po kilkudziesięcioletniej wojnie powołać Rady Delegatów Robotniczych w Zurychu, Bazylei i Nowym Bernie” (s. 43). Kracht dokonał przy pomocy tego zabiegu fabularnego ciekawego odwrócenia – kraj uchodzący współcześnie za wcielenie cnót, porządku, neutralności i dobrobytu, stolicę bankierstwa, uczynił epicentrum rewolucji komunistycznej, propagującej idee braterstwa, równości, wolności od nienawiści rasowej i wyzysku. Główny bohater i narrator jest Afrykańczykiem, kształconym w akademii wojskowej w Blantyre w Malawi (jakoby było ich wiele), założonej i prowadzonej przez szwajcarskich dywizjonerów. Być może się mylę (jeśli tak, bardzo proszę o sprostowanie!), ale Szwajcaria nigdy nie była imperium kolonialnym z rozległymi wpływami na Czarnym Lądzie, w związku z czym podejrzewam autora, również w przypadku tej sugestii, o zastosowanie zasady a rebours. Wspominany już komisarz – i na tym opiera się akcja książki – próbuje dokonać aresztowania niejakiego Brażyńskiego – Polaka i Żyda jednocześnie. W tym celu wyrusza aż do Redity – potężnej, ukrytej we wnętrzu gór twierdzy, będącej swoistym centrum dowodzenia światowego komunizmu. Czytelnik towarzyszy mu zarówno w zbieraniu tropów (wizyta u dywizjonerki Favre), jak i samym pościgu przez alpejskie śniegi.

Powieść Krachta jestem skłonna interpretować na dwóch poziomach. Jeden z nich ma wymiar bardziej lokalny, drugi – globalny. „Tu będę w słońcu i cieniu” można potraktować jako alternatywną wizję historii świata, a przede wszystkim samej Szwajcarii. Wskazywałyby na to wprowadzone przez autora kontrasty, o których pisałam wyżej (Szwajcaria jako królestwo banków, mocnej waluty i wzór neutralności versus Szwajcaria jako centrum światowego komunizmu i mocarstwo z silnymi wpływami w Afryce). Zbyt mało znam ten kraj, aby wypowiadać się na temat słabości, mitów i kompleksów jego obywateli, ale książka Krachta wydaje się w jakimś stopniu z nimi rozprawiać. W tym sensie ma ona ograniczony zasięg, tzn. jest w pełni zrozumiała głównie dla rodaków autora. Za uniwersalne uznałabym natomiast rozważania pisarza na temat tego, czym jest wojna, jakie doświadczenia i konsekwencje ze sobą niesie. Interesujące jest to, w jaki sposób Kracht łączy ją z językiem. „Jeśli kiedyś w czasach pokoju dużo czytaliśmy, jeśli pisaliśmy książki, drukowaliśmy książki, chodziliśmy do bibliotek, to teraz ewolucyjnie oddalamy się od pisma, ono traci dla nas coraz bardziej na znaczeniu czy, jak kto woli, tworzy się język prywatny” (s. 32). I dalej: „Zanik naszej umiejętności pisania jest, można powiedzieć, procesem zamierzonego zapominania. Nie ma już nikogo, kto urodził się w czasach pokoju. Pokolenie, które po nas przyjdzie, będzie pierwszym budulcem nowego człowieka. Niech żyje wojna”.

Książka szwajcarskiego autora ma jeden poważny minus – w moim odczuciu zawiera zbyt wiele niedopowiedzeń. Niejednokrotnie czułam się w trakcie lektury zdezorientowana, nie wiedząc w jakim kontekście umieścić dane wydarzenie czy postać. Trudno było mi w związku z tym zbudować sobie jasną i klarowną wizję całości, przeniknąć intencje pisarza. Szukając interpretacyjnych tropów, poruszałam się trochę po omacku. Mimo to nie żałuję czasu, jaki jej poświęciłam.

Dramaturgia powrotu

R. M. Groński „Powroty”
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza
Warszawa 2011









Dziś na blogu gości kolejny felietonista, tym razem tygodnika „Polityka”, występujący tu w roli autora opowiadań, zebranych pod wspólnym szyldem „Powroty”. „Hrabina z Targowej”, „Busz” oraz „Ostatnie ogniwo” to trzy diametralnie różne opowieści, które spaja motyw wyeksponowany w tytule. Nie powrót, wbrew pozorom, jest jednak głównym tematem tych utworów. Ryszard Marek Groński napisał bowiem książkę o zmaganiu się z polskością, a może raczej o tym, jak losy jednostki, często bez jej udziału, a nawet pomimo pewnych świadomych wysiłków, splatają się z historią kraju i pod wpływem tego zderzenia kierują się na inne tory. Marta Gordon, Andrzej Dolecki oraz Adam Biernat wyjechali w pewnym momencie swojego życia za granicę. Grońskiego interesuje zarówno to, co ich do tego skłoniło, jak i to, co zastali po powrocie.

„Hrabina z Targowej”, tragikomiczna opowieść o córce szewca z Pragi (tej warszawskiej), aktorce głównie „teatrzykowej” i kabaretowej, zdaje się najpełniej ujawniać ironiczne zacięcie autora, który określa się także mianem satyryka i historyka polskiej rozrywki. Martę Gordon, a właściwie Kosiorek, poznajemy jako gwiazdę teatrzyku Gong, która bezpardonowo rywalizuje o pierwsze miejsce w szeregu z niejaką Renusią. „Przedmiotem” sporu między nimi jest także egzaltowany hrabia Przemysław Przecławski, którego ta pierwsza niechybnie odrzuca – do czasu. Kochliwy hrabia zaczyna bowiem interesować się drugą „diwą”. Czysty przypadek (z małą pomocą lokaja Jana) sprawia, że to jednak Marta Gordon zostaje jego żoną. Scena oświadczyn (s. 11) to świetny przykład komizmu sytuacyjnego. Co jednak stanie się, kiedy nieokrzesana artystka wejdzie do utytułowanej rodziny? Ano świat się nie zawali, bo pełno w niej barwnych indywiduów – żeby wspomnieć chociażby księżną Konstancję czy rządcę Herszka. Młodą mężatkę porywa niemal od razu pęd historycznej zawieruchy (rozpoczyna się II wojna światowa), który będzie jej towarzyszył aż do wyjazdu z Polski. Okupacja niemiecka i sowiecka, nacjonalizacja, wypędzenie z pałacu i przeprowadzka do Łodzi, romans dawnej rywalki z ubekiem i wynikające z tego reperkusje, wreszcie emigracja – Groński tak prowadzi swoją bohaterkę, że doświadcza ona całego spektrum „zdarzeń”. „Hrabina z Targowej” to nie tylko zjadliwa satyra na środowisko „półświatka” artystycznego, ale także kompendium wiedzy (z przymrużeniem oka) o najnowszej historii Polski. Gdyby tylko puenta tego opowiadania była bardziej wyrazista…

„Busz” niesie ze sobą zupełnie inny rodzaj przekazu i emocji – wszystko tu zanurzone jest w gorzko-melancholijnym sosie. Andrzej Dolecki, były działacz opozycyjny ruchu Jedność i Siła (ulotki, podziemna prasa, manifestacje itp.), a obecnie właściciel dwóch fabryk diamentów w Botswanie i obywatel tego kraju, wraca po niemal dwudziestu latach nieobecności do Polski. Wyjechał w pośpiechu, gwałtownie, paląc za sobą mosty. Co zatem skłoniło go do powrotu? Formalnie – udział w kongresie partii, którą założyli dawni koledzy. W większym stopniu jednak miłość z dawnych lat, a raczej jej wspomnienie, wyobrażenie, pytania bez odpowiedzi, które się z nią wiążą. Ultimatum postawione przez SB było jedną z tych „propozycji nie do odrzucenia” – wyjazd z kraju albo jego dziewczynie stanie się krzywda – zbiorowy gwałt, pobicie, wypadek samochodowy. Czy można było postąpić wtedy inaczej i nie ulec? Potraktować ten szantaż z dystansem, jako próbę zastraszenia, której nikt nie odważy się zrealizować? Czy druga osoba mogłaby żyć ze świadomością zagrożenia, jakie czai się za każdym rogiem? Czy taka świadomość byłaby jej w ogóle potrzebna? Groński stawia swojego bohatera w sytuacjach, które skłaniają do zadawania trudnych, a może nawet niewygodnych pytań, zwłaszcza w kraju, przez który przetacza się falami dyskusja o lustracji, teczkach, współpracy z organami Służby Bezpieczeństwa, winie, odpowiedzialności i karze. Jak słusznie zauważa jedna z książkowych postaci: „Tamtego świata już nie ma, chociaż jego okruchy ranią” (s. 141). Nowa rzeczywistość wymusiła zmiany. Jedni poradzili sobie z nimi lepiej, inni gorzej. Wielu przyjaciół Andrzeja zrobiło kariery w polityce i biznesie. Przeszłość jednak nadal znaczy, o czym świadczy choćby fakt, że „opozycyjność” w biografii sprzyja kreowaniu pozytywnego wizerunku. Marta, dawna dziewczyna Doleckiego, a obecnie prężna businesswoman, komentuje to następująco i trafia w sedno: „Nie uwierzysz, wielka teraz moda na podobne wykopaliska. Po aferach, w jakie byli umaczani wczorajsi bohaterowie, dobrze robi powtórka z czasów heroicznych. Wystawianie na jarmarku sińców i blizn, pamiątek po przeżytej gehennie, dowodów bohaterstwa, niekiepsko osadzonych w tradycji. Milicyjna suka staje się kibitką, zadyma powstaniem listopadowym, areszt Dziesiątym Pawilonem” (s. 155). Gdzieś obok tego publicznego, krzykliwego rozrachunku z historią rozgrywają się jednostkowe dramaty tych, którym przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Czy powrót do kraju i konfrontacja z dawną miłością pozwolą głównemu bohaterowi uporać się z nią? Odpowiedź czytelnicy znajdą w książce.

„Ostatnie ogniwo” to najbardziej zagadkowe opowiadanie w tym tomie. Tak zagadkowe, że pisać o nim nie będę:) Dość wspomnieć, że chodzi w nim o zlecenie… wykradzenia ciała Lenina z moskiewskiego mauzoleum…

Książkę R. M. Grońskiego polecam zwłaszcza tym osobom, które chciałyby przeżyć czytelniczą przygodę z historią najnowszą w tle. „Hrabina z Targowej” bawi, „Busz” porusza, a „Ostatnie ogniwo”, choć najsłabsze, zadziwia. Bilans wypada więc na plus.

środa, 16 listopada 2011

Sukces polskiej książki w Korei!


W 4 edycji Konkursu CJ Picture Book Awards w Korei (http://www.cjbook.org/english/main.php) wybrano 100 najpiękniejszych książek świata. Wzięło w nim udział około 600 publikacji nadesłanych z ponad 35 krajów. Na liście laureatów znalazła się tylko jedna książka z Polski – „Gratka dla małego niejadka” (pisałam o niej w maju), wydana przez Wydawnictwo ALBUS Iwona Wierzba z Poznania, a zilustrowana przez Emilię Dziubak. Książka znajdzie się już niebawem w katalogu pokonkursowym wśród pozostałych najpiękniejszych książek świata, będzie prezentowana także na wystawie Książki Obrazkowej w Korei. Gratulacje!!! Teraz, pławiąc się w cudzej chwale, ochoczo przyznaję, że już w maju wiedziałam, z jakim „cackiem” mam do czynienia;)