I jeszcze to:)
„(…) mnie się wydaje, że właśnie mieszanie lektur przyczynia się do utrwalania zamiłowania do czytania, do trzymania książki w ręku (...)" - prof. A. Brodzka-Wolf w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” (nr 4/2010)
czwartek, 23 lutego 2012
środa, 22 lutego 2012
Konkurs!!!
Bliski memu sercu portal Lektury
reportera organizuje konkurs na minireportaż pt. „Moje miasto, a w nim…”.
Zaledwie 8 tysięcy znaków może wystarczyć, aby wygrać bardzo atrakcyjne
nagrody, w tym nawet szansę nawiązania współpracy z Wydawnictwem Dobra
Literatura, która zaowocować może wydaniem książki reportażowej w serii
„Lektury reportera”. Po szczegóły zapraszam tutaj:
niedziela, 19 lutego 2012
Że kto? Zygmunt Gloger?
„Prawda i fałsz. O polskiej chwale i
wstydzie” pod red. W.K. Pessela i S. Zagórskiego
Choć jako czytelniczka recenzji książkowych nie przepadam za takimi wstępami, jaki sama za chwilę poczynię, w przypadku publikacji „Prawda i fałsz. O polskiej chwale i wstydzie” widzę absolutną konieczność tak rzeczowego i faktograficznego potraktowania tematu. Odkryłam bowiem nie tylko książkę, ale też cały szereg inicjatyw, realizowanych przez Społeczne Stowarzyszenie Prasoznawcze „Stopka”, jej wydawcę, które są niezwykle ciekawe, ale – śmiem twierdzić – w gronie „zwykłych zjadaczy chleba” chyba nieznane. Zacznijmy więc od patrona wspomnianych wyżej przedsięwzięć – Zygmunta Glogera, urodzonego w1845, a zmarłego w 1910
roku etnografa, krajoznawcę, archeologa i historyka. Warto znać tę postać, należał on bowiem do grona wybitnych umysłów przełomu XIX i XX wieku, z którymi
zresztą współpracował i którymi się inspirował, żeby przywołać chociażby
Juliana Bartoszewicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Wincentego Pola czy
Oskara Kolberga. Najbardziej znanym jego dziełem pozostaje monumentalna
„Encyklopedia staropolska”, ale stworzył też wiele skromniejszych prac
etnograficznych. Był również pierwszym prezesem Polskiego Towarzystwa
Krajoznawczego. Przez całe życie kolekcjonował rozmaite materiały archiwalne i
archeologiczne oraz bogatą bibliotekę, które zapisał w testamencie Towarzystwu
Etnograficznemu, Towarzystwu Krajoznawczemu, Towarzystwu Bibliotek Publicznych w
Warszawie oraz Muzeum Przemysłu i Rolnictwa.
Oficyna Wydawnicza „Stopka”
Łomża 2010
Choć jako czytelniczka recenzji książkowych nie przepadam za takimi wstępami, jaki sama za chwilę poczynię, w przypadku publikacji „Prawda i fałsz. O polskiej chwale i wstydzie” widzę absolutną konieczność tak rzeczowego i faktograficznego potraktowania tematu. Odkryłam bowiem nie tylko książkę, ale też cały szereg inicjatyw, realizowanych przez Społeczne Stowarzyszenie Prasoznawcze „Stopka”, jej wydawcę, które są niezwykle ciekawe, ale – śmiem twierdzić – w gronie „zwykłych zjadaczy chleba” chyba nieznane. Zacznijmy więc od patrona wspomnianych wyżej przedsięwzięć – Zygmunta Glogera, urodzonego w
Społeczne
Stowarzyszenie Prasoznawcze „Stopka”, propagując nazwisko i idee swojego
patrona, organizuje od 1984 roku doroczny konkurs o Nagrodę i Medal Zygmunta Glogera,
przyznawaną za szczególne osiągnięcia w badaniu, ochronie i rozwoju kultury
polskiej. Przygotowało także kilkanaście publikacji, wydawanych pod szyldem
Serii Glogerowskiej, które próbują opisać kondycję współczesnych Polaków.
Powstaniu każdej kolejnej towarzyszy zazwyczaj sesja naukowa. Książka „Prawda i
fałsz. O polskiej chwale i wstydzie” jest właśnie ogniwem tego projektu.
Trudno
o spójne i zwarte podsumowanie zawartości tego tomu, do jego współtworzenia
zaproszono bowiem naukowców, badaczy i dziennikarzy, reprezentujących wiele
dziedzin wiedzy. Każdy tekst jest zatem swoistą wariacją na temat tytułowych
słów-kluczy: prawda, fałsz, chwała i wstyd. Znajdziemy tutaj zarówno refleksje
czysto teoretyczne (czym jest prawda?), jak i omówienia pewnych „praktycznych”
kwestii (problem prawdy i fałszu na przykładzie Katynia). Publikację podzielono
na sześć bloków tematycznych: Rzeczy pierwsze; Wyzwania i doświadczenia; Wschód
i Polacy, chwalcy i mityzacje; „Polski kolonializm” i narody (blok trzeci i
czwarty polecam szczególnie!); Kościuszko – Sienkiewicz – oświata niższa i
wyższa oraz Granice (nie)wiary i cudu. Wśród autorów odnajdujemy postacie znane
i cenione: H. Samsonowicza, S. Obirka czy L. Pastusiaka oraz nazwiska młodych,
ciekawie piszących naukowców (np. tekst Magdaleny Sztandary o kategorii prawdy
w polskich obrazach fotograficznych I poł. XX w.). Jest to zatem książka ze
wszech miar bogata i różnorodna.
Wydawnictwo
„Prawda i fałsz…” przeznaczone jest dla wymagających czytelników, choć nie
nazwałabym go hermetycznym. Pisane w przeważającej części przez naukowców, nie
straszy specjalistycznym żargonem ani zawiłą narracją. Jeśli polecam ją
wyrobionemu odbiorcy, to tylko dlatego, że sam temat jest już pewną formą
selekcji – sięgną po nie zapewne ci, którzy skłonni są wyjść poza krąg spraw
prywatnych i zadać sobie od czasu do czasu pytanie: „Co z tą Polską?”.
„(…)
fałsz zawsze (chyba?) jest fałszywy. Natomiast prawd w wielu kwestiach może być
wiele. Inna jest prawda Keynesa, a inna Hayeka, inna biskupów – inna
ajatollahów, a mnichów buddyjskich – jeszcze zupełnie inna. Inna jest prawda
Polaka, który Banderę uważa za zbrodniarza, a inna Ukraińca, który Banderze
oddaje cześć, stawia pomniki. Wedle obowiązującej opinii reporter musi zawsze
doszukiwać się prawdy, ale to chyba przesadne wymaganie. Wystarczy, jeśli się
będzie trzymał faktów. Chociaż i one, z różnych stron oglądane, mogą się nieco
różnić” (s. 151) – słowa Wojciecha Giełżyńskiego niech posłużą mi do zamknięcia
recenzji, bowiem wydają się najtrafniejszym komentarzem.
Za książkę dziękuję portalowi:
Za książkę dziękuję portalowi:
piątek, 17 lutego 2012
Życie „po”
H. Samson „Życie po mężczyźnie”
Wydawnictwo Znak Literanova
Kraków 2012
Bilans życiowy głównej
bohaterki „Życia po mężczyźnie” mógłby wyglądać tak:
1. Stan posiadania: mieszkanie w dużym
mieście (Łódź?), wiejska „rezydencja”, laptop, pustoszejące konto w banku,
pies, czarne myśli, wiele wspomnień, oznaki starości;
2. Stan umysłowy i emocjonalny:
rezygnacja, frustracja, poczucie marnotrawienia czasu, brak motywacji,
samotność;
3. Stan cywilny: podwójna rozwódka;
Motyw zmagania
się z własną przeszłością, dokonywania pewnych rozliczeń i podsumowań chętnie
wykorzystywany jest przez polskie autorki. Kilka miesięcy temu rekomendowałam
na blogu „Paprochy” Ewy Markowskiej-Radziwiłowicz. Wywołuję ten temat dlatego, że w
przypadku prozy Hanny Samson mamy do czynienia z podobnym, a jednocześnie innym
typem literatury. Pierwsza z pisarek w swojej na poły autobiograficznej (?) powieści
zanurza się we wspomnieniach, ale towarzyszy temu afirmacja życia we wszystkich
jego przejawach. Emanuje z tej historii niesamowicie pozytywna energia, która
podnosi na duchu, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek to
istota skłonna idealizować swoją przeszłość. Czas przecież „uczy pogody”, wygładza
kanty pamięci, niweluje jej chropowatości. Powrót do okresu dzieciństwa,
pierwszej miłości, małżeństwa (jednego i drugiego) i etatu w korporacji może
także boleć, wywoływać rozgoryczenie, otwierać stare rany, a jednocześnie mieć
wartość terapeutyczną. Bohaterka „Życia…”, zanurzając się w strumieniu
świadomości, odbywa jakby symboliczną podróż, wyzwalając się spod władzy
najpierw matki, a później mężów – po prostu odzyskuje siebie, konstruuje swoje
niepowtarzalne Ja.
„Życie po
mężczyźnie” – zatytułowała swoją książkę Samson, choć równie dobrze mogłaby
nazywać się ona „Życie po matce”. Matka jest w tej powieści figurą kluczową,
emocjonalną kotwicą (balastem?), symbolem relacji zależności i podporządkowania,
wzorem i antywzorem w jednym. Dominująca, władcza, kontrolująca, przez córkę
spostrzegana jako dzielna i silna. Dzierżyła w ręku prawo do nazywania rzeczy i
ustanawiania rytuałów – jednym z nich było całowanie jej w rękę na dobranoc. Wiele
zwyczajów główna bohaterka przeniosła zresztą później w dorosłe życie. Siła rażenia
takiej osobowości promieniowała na cały dom, w tym oczywiście na dzieci. Tym ważniejsze,
że „mama się dla nich poświęciła i zrezygnowała z kariery” (s. 26), czego nie
omieszkała im zresztą często przypominać. Cóż pozostaje w takiej sytuacji
latoroślom, jeśli nie udowadniać całym sobą, że spełni się pokładane w nich
nadzieje, że jest się wartym miłości? Gdyby tylko nie ten wstyd! „Chodzi o ten
wstyd, z którym się urodziłam” (s. 25) – mówi protagonistka. Wstyd, który nie
pozwala wyjść spod stołu, gdy przychodzą goście, zgłosić się na lekcji, kiedy
zna się odpowiedź na zadane przez nauczycielkę pytanie czy protestować, kiedy
koleżanki z podwórka „szczepią” za pomocą nacięć na skórze przeciwko ospie. Wstyd,
że się istnieje. Jesteś kowalem swojego losu – powtarzała matka córce. „Nie
wierzyłam. Byłam przekonana, że to ona jest moim kowalem, tylko nie chce się do
tego przyznać, bo kiepsko jej wyszłam, i zwala na mnie” (s. 33).
W relacjach z
koleżankami i chłopakami, a potem z mężczyznami, jakie buduje bohaterka, odnajdujemy
tropy, które odsyłają nas do dzieciństwa, do związku z matką. To gdzieś z tego doświadczenia
wywodzi się jej kompleks niższości, podziw dla silnych kobiet (przyjaciółka Ewka),
potrzeba udowadniania sobie i otoczeniu, że jest się Kimś. Przede wszystkim zaś
pewna zależność, niesamodzielność w kreowaniu własnego Ja, tożsamość „zapożyczona”.
Historia dwóch małżeństw kobiety jest w gruncie rzeczy historią porażek. Ale czy
może być inaczej, jeśli wierzy się, że miłość dopiero wtedy ma sens, kiedy staje
się „poniewierką”? W końcu przychodzi otrzeźwienie: „I czy ja naprawdę
potrzebuję męża, żeby być nieszczęśliwą? Sama mogę to sobie zapewnić, a do tego
w bardziej elegancki sposób, bo picia akurat nie znoszę” (s. 124). Kiedy w
powieści pojawia się wątek afery kryminalnej, zdaje się ona wkraczać w rejony autobiograficzne. Pan, znany aktor, zabija Panią. On idzie siedzieć, a
jego żona zmaga się na wolności z całym odium oburzenia i odrzucenia. Z zaskoczeniem
i przerażeniem odkrywa, że nie liczą się już jej jednostkowość i osobiste
dokonania, a wyłącznie społeczna rola. Media uczyniły z jej życia koszmar,
dybiąc na nią na każdym kroku i próbując namówić na „szczerą rozmowę”. Przestała
należeć do siebie samej. Czy taką drogę przeszła też Hanna Samson, pisarka i
psychoterapeutka, była żona Andrzeja S., terapeuty oskarżonego o
molestowanie dzieci? Z tym zdaje się w swojej najnowszej książce rozliczać. Jakże
gorzko brzmią słowa głównej bohaterki (autorki?): „(…) a potem do mnie dotarło,
że już nic ode mnie nie zależy, bo jestem byłą żoną, i to ma mi wystarczyć jako
moja tożsamość, o którą przez wiele lat walczyłam, i już nikogo nawet nie
obchodzi, że nie słodzę herbaty, bo jestem byłą żoną, i nic więcej wiedzieć nie
trzeba, żeby mnie określić. I tak jak za czasów małżeństwa, z którego o
własnych siłach udało mi się wyzwolić, choć nie było to łatwe i trochę czasu
zabrało, znów on był kowalem mojego losu, choć siedział w więzieniu i sam nic
nie mógł ukuć, ale i tak kuł, a siła tego kucia była ogromna (…). I cieszyłam
się, że jestem w tym sama, i nikomu innemu nie życzę, bo jak to przeżyć? Z tego
nie można wyjść cało i nic nie jest takie jak przedtem” (s. 167-169).
Na usta cisną
się, w ramach podsumowania, słowa M. Jachimowicz („Pomyśl”):
Pomyśl siebie
Stań się
na nowo
Bezrozumnych
Zmyślają inni
Bardzo dobra książka – mocna, szczera, prawdziwa, intrygująca!
poniedziałek, 13 lutego 2012
Ekonieborak czy profesor Sumienie - wybór należy do Ciebie!
E. Dziubak, E. Saroma-Stępniewska, I. Wierzba „Draka Ekonieboraka”
Wydawnictwo Albus
Wydawnictwo Albus
Poznań 2012
Ekonieborak i profesor Sumienie to dwaj główni bohaterowie, obecnej na rynku od kilku dni, książki Wydawnictwa Albus. Ilustracjom znanej już z poprzedniej publikacji (pisałam o niej tutaj) rysowniczki Emilii Dziubak towarzyszą tym razem cudne wierszyki autorstwa Elizy Saromy-Stępniewskiej. Jeśli zachwyciła mnie „Gratka dla małego niejadka”, co mam napisać o „Drace Nieboraka”, aby nie popaść w egzaltację?:) Tematem przewodnim nowego tytułu jest ekologia. Bardzo mnie to cieszy, bowiem wychodzę z założenia, że pewne nawyki (segregacja śmieci, gaszenie światła, oszczędzanie wody itp.) można kształtować już od wczesnych lat życia dziecka. Im bardziej staną się naturalne i oczywiste, tym mniej trudności będzie nastręczało stosowanie się do nich. Jeśli tylko świadomi różnych mechanizmów będą rodzice… „Draka…” jest tak naprawdę przeznaczona zarówno dla małych, jak i dużych odbiorców. Książka ma swój własny, stały rytm: wierszyk i towarzysząca mu ilustracja wprowadzają czytelników w pewien problem (Ekonieborak marnujący wodę, nie sprzątający po swoim psie, ogarnięty „konsumpcyjnym szałem”, śmiecący, jadący do kiosku terenówką itp.), który potem naświetlany jest z perspektywy „naukowej” przez profesora Sumienie. Odpowiada on na pytania (prysznic czy wanna?), przeprowadza eksperymenty (ile wody marnujesz?), rozwija wyobraźnię (oblicza, ile wagonów kolejowych w ciągu roku potrzeba, aby wywieźć kupki warszawskich piesków), przytacza różne ciekawostki, a przede wszystkim radzi – jak żyć bardziej ekologicznie, oszczędniej, lepiej, słowem – odpowiedzialnie.
Siłą tej książeczki są bez wątpienia wykreowane przez autorki postacie. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że zbudowano je na zasadzie kontrastu, szybko wychodzi na jaw, że doskonale uzupełniają się. W finale historii o „ekologicznym grzeszniku” odkrywamy zresztą, że łączy je więcej, niż mogliśmy przypuszczać, ale tej tajemnicy nie zdradzę, aby nie zepsuć przyjemności czytania. Emilia Dziubak, przy pomocy swojej charakterystycznej kreski, sportretowała taki typ Ekonieboraka, który jest jednocześnie bardzo zabawny i – zdaje się – powszechny. Konia z rzędem temu, kto nie ma przynajmniej jednego takiego sąsiada – pana w średnim wieku na cienkich nóżkach, z potężnym brzuchem, obowiązkowym wąsem, zaczesaną czupryną i psem u boku:) Tak naprawdę Ekonieborakiem może być jednak każdy z nas – wystarczy chwila zapomnienia. Pocieszający jest natomiast fakt, że każdy z nas może być także… profesorem Sumienie. Dobra książka dla dzieci to taka, która może być czytana w każdym wieku, i w której, w zależności od doświadczeń, można odkrywać dodatkowe sensy. Polecam zatem „Drakę…”!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




