sobota, 18 maja 2013

Tęsknota za utraconym rajem („Rantis” A. Amer)


A. Amer „Rantis”
Wydawnictwo Amea, 2012
Seria: Proza Spoza

To jedna z tych książek, które pozwalają całkowicie zanurzyć się w innej czasoprzestrzeni. „Rantis” jest barwną, plastyczną i zmysłową opowieścią o małym, palestyńskim miasteczku, położonym niedaleko Ramallah, w którym fikcja miesza się z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością, stare z nowym, a baśniowość i niezwykłość z codziennością. Aida Amer, po mamie Polka, po tacie Arabka, z wykształcenia – archeolog klasyczny, pięknie wykorzystała tkwiące w niej bogactwo kultur, tworząc świat utkany ze wspomnień i wyobrażeń. Świat, którego słodko-gorzkiemu urokowi poddałam się mimowolnie, choć bez sprzeciwu. Autorka pozwala czytelnikowi zadomowić się w swojej wizji, roztaczając przed nim barwy, dźwięki i zapachy Rantis; kreśli galerię nietuzinkowych postaci; utrzymuje nas w przekonaniu, że możliwe jest osiągnięcie doskonałej harmonii współistnienia w obrębie społeczności, z dala od „wielkiego świata” i jego problemów. Idylla ze szczyptą Orientu, wprost z opowieści Szeherezady.

Kiedy czytelnik nasyci się już cudownością palestyńskiego świata, Amer rozpoczyna jego powolną dekonstrukcję. Drobne, na pierwszy rzut oka, zdarzenia, uruchamiają lawinę klęsk i dramatów, które na zawsze odmienią życie jego mieszkańców. Nieposkromione ludzkie emocje i wdzierająca się do Rantis polityka położą kres znanej i bezpiecznej rzeczywistości. Rozpad starego porządku staje się namacalnie bolesny, wzbudza ogromną tęsknotę za czasem minionym. To właśnie ta tęsknota jest motorem napędowym powieści Amer – tęsknota za rajem utraconym. I zdaje się, że autorka ma tu na myśli nie tyle małe, zagubione gdzieś na wzgórzach miasteczko, co Palestynę w ogóle – terytorium, do którego wieloletni mieszkańcy stracili prawo; którym odebrano ziemię porośniętą mandarynkowymi gajami; których wypędzono z domów i sterroryzowano.

W książce Amer zderzają się ze sobą siły tworzenia i rozpadu, życia i śmierci. Autorka nie poprzestała na snuciu nostalgicznej wizji. Na tym, literacko, wygrała. Powieść stała się dzięki temu pełna, a bohaterowie wiarygodni. Choć od 1967 roku, kiedy to urywa się narracja w „Rantis”, sytuacja na Bliskim Wschodzie nadal pozostaje napięta i dramatyczna, pozostaje nam wierzyć, że jeszcze kiedyś niedaleko Ramallah zakwitną mandarynkowe gaje. Siła ludzkiego ducha bywa ogromna, zwłaszcza jeśli, co też pokazała Amer, może on liczyć na więzi rodzinne czy sąsiedzkie.

„Rantis” uwodzi i burzy spokój. Czego chcieć więcj od dobrej literatury?

piątek, 5 kwietnia 2013

Post scriptum

Ze względu na narastającą liczbę obowiązków (ergo: brak czasu), ograniczyłam ostatnio moją działalność blogową, co zresztą nietrudno było pewnie zauważyć :-) Nie oznacza to bynajmniej, że rezygnuję z prowadzenia bloga – byłoby mi żal zaprzepaścić te dwa lata, które go rozwijałam. Zarządzam po prostu dłuższą przerwę, która skończy się, jak tylko będę mogła wrócić do regularnego pisania. Wszystkich, którzy mieliby ochotę pozostawać w kontakcie ze mną i z tym, co czytam, zapraszam na fejsbookową stronę Book-erki – https://www.facebook.com/pages/Book-erka-czyli-pogotowie-ksi%C4%85%C5%BCkowe/175485715825605 – będę tam zamieszczać bardzo skondensowane, kilkuzdaniowe podsumowania z przeczytanych lektur. Tylko tyle i chociaż tyle. Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 27 stycznia 2013

Cuda i WIELbłąd

K. Thompson Walker „Wiek cudów”
Przełożyła: Anna Gralak
Wydawnictwo Znak Literanova
Kraków 2012

„Wiek cudów” zaliczam do lektur całkiem udanych, choć, przyznać muszę, zaniepokoiłam się nieco, gdy okazało się, że czytam powieść katastroficzną. Co prawda nie rozumiem do końca, z czego wynika ogromne zamieszanie, jakie rzekomo ta książka wywołała (prawa do jej wydania sprzedano za 1 mln dolarów, a jeszcze zanim ujrzała światło dzienne, zakupiono prawa do jej ekranizacji), a opinie typu: „Nie wyobrażam sobie niczego mądrzejszego i bardziej wzruszającego” (Katarzyna Miller na okładce) uważam za lekko histeryczne, ale bez wątpienia mamy tu do czynienia ze sprawnie poprowadzoną fabułą i ciekawymi rozwiązaniami, słowem: atrakcyjną literaturą popularną.

Trzy kwestie zadecydowały o tym, że nie porzuciłam lektury „Wieku cudów”, mimo że od książek i filmów katastroficznych trzymam się zazwyczaj z daleka. Po pierwsze, autorce udało się stworzyć oryginalną i ciekawą wizję końca świata. Sam temat wywołał u mnie skojarzenia z filmem „Droga”, nakręconym na podstawie prozy McCarthy'ego (książki niestety nie czytałam), ale dość szybko okazało się ono nieprzystające. Walker pokazuje zagładę rozłożoną w czasie, postępującą powoli, lecz nieubłaganie, proces, a nie jednorazowy akt – wybuch czy uderzenie. Nie wiemy dokładnie, kiedy się ona spełni, ani jaka będzie jej ostateczna forma. Pewne jest tylko to, że nie ma już nadziei. Takie ujęcie problemu pozwala czytelnikowi śledzić rozwój wydarzeń i stopniowo się w niego angażować. Zagłada u Walker ma podłoże „naturalne” i związana jest ze spowolnieniem ruchu obrotowego Ziemi. Konsekwencje wywołuje ono nieodwracalne – wydłużenie doby (pod koniec powieści trwa ponad siedemdziesiąt godzin), osłabienie siły grawitacji i pola magnetycznego, śmierć zwierząt, chorobę grawitacyjną, burze słoneczne, pożary, trzęsienia ziemi, zabójcze promieniowanie. Nigdzie w książce nie wyartykułowano wprost, co stało się przyczyną spowolnienia, ale sądzić można, że autorka, tworząc taką wizję końca świata, zabrała w pewnym sensie głos w kwestii niszczycielskiego stosunku człowieka do Matki Natury.

Po drugie, nadciągająca katastrofa to ważny, ale nie najważniejszy motyw tej książki. Dramatyczne okoliczności zewnętrzne są przede wszystkim kontekstem, w którym wybrzmiewają pytania o kondycję człowieka, jego mentalność i moralność. Skoro świat się rozpada, a dotychczasowe strategie działania tracą rację bytu, jakie wartości nas obowiązują? Może warto „pójść na całość”, spróbować rzeczy, których by się w innych warunkach nie spróbowało? Różna jest też gotowość ludzi do adaptowania się do nowego porządku, ich szybkość reagowania na zmiany. Matka głównej bohaterki popada np. w stany totalnej beznadziei, ojciec zachowuje się tak, jakby nic się nie stało, mieszkająca naprzeciwko nauczycielka muzyki przyjmuje zaś spowolnienie z akceptacją. „Myślę, że tej planecie od dawna brakuje równowagi i że to wszystko jest jej sposobem na naprawę sytuacji (…). Wszystko, co możemy zrobić, to poddać się temu. Musimy pozwolić, żeby Ziemia nas poprowadziła” (s. 87) – mówi. Z jednej strony sytuacje ekstremalne to sprawdzian dla ludzkich charakterów, z drugiej strony zadziwia to, jak trwałe i niezmienne okazują się pewne mechanizmy społecznych zachowań. Kiedy wydłuża się doba (dnia i nocy przybywa proporcjonalnie), problemem staje się mierzenie czasu. Rząd podejmuje decyzję o trwaniu przy czasie zegarowym, lecz spora grupa osób postanawia kierować się tzw. czasem prawdziwym. Rzecz z pozoru błaha (w Ameryce każdy funkcjonuje przecież jak chce, póki nie szkodzi innym), a staje się źródłem sąsiedzkich konfliktów i dramatów. Jest więc styl życia mniej i bardziej właściwy, prawda mniej i bardziej „oczywista”?

Nie odłożyłam wreszcie książki Walker z powodu głównej bohaterki i narratorki, jedenastoletniej Julii. Dopiero tu dochodzimy właściwie do sedna, bowiem „Wiek cudów” to dla mnie przede wszystkich powieść o trudach dojrzewania. Choć naokoło szaleją groźne i destrukcyjne siły, które burzą porządek świata, Julia najmocniej przeżywa utratę przyjaźni z Hanną, nieśmiałe uczucie do Setha, chłopca jeżdżącego na deskorolce, a nawet zakup pierwszego stanika. Dziewczynka zmaga się z „nowym”, które pojawiło się w jej życiu i zaowocowało poczuciem samotności, wyobcowania, niedopasowania. „Może to się zaczęło jeszcze przed spowolnieniem, ale dopiero wtedy coś zrozumiałam: moje przyjaźnie się rozpadały. Wszystko się rozpadało. Przejście z dzieciństwa do następnego życia było trudne. I podobnie jak podczas każdej ciężkiej przeprawy nie wszyscy mogli przetrwać” (s. 104). Jest coś krzepiącego w tym, że cokolwiek dzieje się w świecie zewnętrznym, problemy okresu dojrzewania wydają się realniejsze, dotkliwsze, ważniejsze. „(...) nie baliśmy się tak bardzo, jak powinniśmy. Byliśmy za młodzi na strach, zbyt zanurzeni we własnych miniaturowych światach, zbyt przekonani o własnej wieczności” (s. 55).

W kontekście tego, co napisałam wyżej, tytuł książki rozumieć można dwojako. Wiek cudów to czas przyrodniczej katastrofy, prowadzącej do zagłady Ziemi, ale także: „To było gimnazjum, wiek cudów, czas, w którym dzieci wystrzelają w górę o osiem centymetrów w ciągu wakacji, kiedy piersi wykwitają z niczego, kiedy głosy obniżają się i grubną. Pojawiały się nasze pierwsze wady, ale je korygowano. Słaby wzrok można było naprawić niewidocznymi czarodziejskimi soczewkami kontaktowymi. Krzywe zęby prostowano aparatami. Pryszczatą skórę oczyściło się chemicznie. Niektóre dziewczyny piękniały, kilku chłopaków rosło” (s. 53). Po prostu. I który cud należałoby uznać za większy?

Na koniec dodam jeszcze tylko, że w „Wieku cudów” miałam „przyjemność” natknąć się na najbardziej spektakularny błąd ortograficzny, jaki kiedykolwiek w jakiejkolwiek książce widziałam. Na stronie 83 widnieje takie oto zdanie: „Może wyrzucało na plaże zwłoki mew”!!!   I po ptakach... :-)

środa, 23 stycznia 2013

Wyzwanie „Płynna nowoczesność” - S. Lem

Dzisiaj zapraszam serdecznie do lektury tekstu „…Lem poszerza moje horyzonty myślowe”! Agnieszka (http://agnieszkaczyta.blogspot.com) przeczytała „Okamgnienie” Stanisława Lema w ramach wyzwania „Płynna nowoczesność”, a swoje wrażenia spisała na blogu. Bardzo dziękuję autorce za link, a zainteresowanych recenzją odsyłam do zakładki „Płynna nowoczesność”. A oto fragmencik-przynęta: 

„Tak już nikt od dawna nie mówi i nie pisze. W porównaniu ze stylem Lema, każdy inny współczesny tekst wydaje się być napisany w „basic Polish”. Poza tym Lem pisze w sposób pozbawiony patosu, a nawet sarkastyczny. Dlatego o nieśmiertelności, w której koncepcję nie wierzy, pisze tak: ‘[...] nieśmiertelność przemieszczała myśl człowiecza w obręb utwierdzanych religiami zaświatów [...]’”.

niedziela, 20 stycznia 2013

Krótko i na temat („Excentrycy” W. Kowalewskiego)

W. Kowalewski „Excentrycy”
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2007

Nietrafiony blurb potrafi naprawdę zirytować, zwłaszcza jeśli przyczynił się do wyboru rozczarowującej lektury. Bywa, że rekomendacja tak rozmija się z treścią i jakością tekstu, że na usta ciśnie się tylko jedno pytanie: kto to, do cholery, wymyślił? Zdarza się i tak, że blurb trafia po prostu w sedno, a czytelniczka taka jak ja, próbująca spisywać wrażenia z lektury na blogu, może nie mieć do dodania już nic ponad to, co zawarł w krótkiej notce autor rekomendacji, bo zawarł w niej, w jej odczuciu, wszystko. Książka „Excentrycy” Włodzimierza Kowalewskiego jest dokładnie taka, jaką zobaczyła ją cytowana na okładce Marta Mizuro: „Choć w Excentrykach autor pieczołowicie zrekonstruował realia Polski czasów odwilży, całość ujęta jest w baśniowy cudzysłów. To z pewnością cudzysłów ironiczny. Bez ironii jednak przedstawia się tu dramatyczne polskie drogi, prezentuje siłę ludzkiego ducha, a przede wszystkim – ozdrowieńczą moc sztuki”. Chyląc czoła przed jej umiejętnością pisania skondensowanych mikro-recenzji, w których zamknięty jest sens całego utworu (to nie pierwsza tak udana, z jaką się spotykam), zapraszam gorąco do lektury „Excentryków” wszystkich, którzy mają ochotę przekonać się, że istnieje dobra, polska literatura. Znajomość z panem Włodzimierzem Kowalewskim rozpoczęła się wybornie i z pewnością będę ją kontynuować!

środa, 16 stycznia 2013

„Córka Agamemnona” I. Kadare - pierwsza lektura z Albanii

I. Kadare „Córka Agamemnona”
Przełożyła: Dorota Horodyska
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2011

Rządzona przez Partię Albania, lata 80-te. On kocha ją. Ona kocha jego, ale nie może z nim być – związek z mężczyzną, zaręczonym już oficjalnie z inną kobietą, z pewnością zaszkodziłby wizerunkowi jej ojca – dygnitarza komunistycznego, mozolnie pnącego się po szczeblach kariery. Właśnie czeka go upragniony awans. W tle odbywa się parada pierwszomajowa. Główny bohater, miotający się z rozpaczy po domu, trafia w biblioteczce na „Mity greckie” Roberta Gravesa, a w nich na historię Agamemnona. Opowieść o wodzu greckiej wyprawy pod Troję, który złożył w ofierze bogini Artemidzie własną córkę, Ifigenię, staje się metaforą miłości niemożliwej w totalitarnym kraju. A raczej szerzej: życia w takim państwie w ogóle. Owa wizja problematyki „Córki Agamemnona” zarysowała mi się po kilkunastu stronach lektury, wątki te eksponuje również okładkowa rekomendacja wydawcy. Ostatecznie jednak stwierdzić muszę, że w książce Kadare miłość to zaledwie wątek poboczny; jest on co najwyżej pretekstem do podjęcia tematu, który zdaje się być idée fixe albańskiego autora: opresyjnego, zakłamanego i okrutnego reżimu.

Narrator „Córki Agamemnona”, młody dziennikarz telewizyjny, ku zaskoczeniu swojemu, a także przełożonych, otrzymuje, z okazji pochodu pierwszomajowego, zaproszenie na trybunę honorową. Ten niespodziewany „prezent”, zarezerwowany dla prominentnych i aktywnych działaczy partyjnych, wyzwala w nim falę myśli, wspomnień i rozterek moralnych. Główny bohater jest „w drodze” – pokonując liczne stanowiska kontrolne, które systematycznie oddzielają zwykłych przechodniów od uprzywilejowanych posiadaczy zaproszeń, dostrzega dawnych lub obecnych znajomych. Z każdym z nich wiąże się jakaś dramatyczna historia. Połączone w jeden zbiór, tworzą one panoramę życia i ludzkich losów w komunistycznym kraju. Jest w tej wędrówce narratora coś symbolicznego – każde spotkanie to kolejny stopień wtajemniczenia, pigułka gorzko smakującej wiedzy. Nic dziwnego zatem, że droga na trybunę, jak mówi, zamieniła się dla niego w drogę krzyżową (s. 64).

Powiastka (nazywam ją tak ze względu na skromną objętość) Kadare ma również charakter rozliczeniowy. W rzeczywistości totalitarnej za wszystko trzeba zapłacić odpowiednią cenę. Główny bohater zadaje więc sobie pytanie: „czy mam czyste sumienie?”, ale też przygląda się sumieniom cudzym. W utworze pojawiają się historie osób, które gotowe były popełnić wiele świństw, aby wkraść się ponownie w łaski Systemu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że mimo swojego (pozornego) sukcesu, i tak przegrały. W tym kontekście wspomnieć należy kolejne literackie odniesienie, którym posłużył się autor – nie wiem nawet, czy nie ważniejsze dla tej książki, niż tytułowy mit o Agamemnonie. Mam tu na myśli starą, albańską baśń o upadku Łysogłowego. Pewnej nocy Łysogłowy wpadł do podziemnego świata. Długo szukał sposobu na wydostanie się stamtąd, aż w końcu pewien starzec podpowiedział mu, że jest orzeł, który może unieść go na swoich skrzydłach do góry. Pod jednym warunkiem – przez całą drogę musi jeść mięso. Łysogłowy zgromadził więc zapasy i wyruszyli. Podróż okazała się jednak niezwykle długa, a groźba strącenia w przepaść tak realna, że Łysogłowy zaczął odcinać kawałki swojego ciała, aby nakarmić ptaka. Kiedy w końcu dotarli na ziemię, mieszkańcy zobaczyli ludzki szkielet, niesiony na skrzydłach orła... A teraz proponuję jeszcze raz przyjrzeć się tej baśni, zmieniając imię jej protagonisty...

W „Córce Agamemnona” baśń o upadku Łysogłowego pojawia się w odniesieniu do konkretnej osoby, spotkanej przez narratora w drodze na trybunę. Jej znaczenie jest jednak na tyle uniwersalne, że służy również głównemu bohaterowi do określenia swojej relacji z Systemem. „Straciłem R.Z. z oczu i chciałem o nim zapomnieć. To inni kroili po kawałku swoje ciało, żeby los nie pozwolił im stoczyć się bezpowrotnie w przepaść. Ja chyba byłem jednym z nich. Rozpoczęliśmy podróż, nie wiedząc, dokąd dotrzemy, nie wiedząc, jak długo potrwa, a potem w jej trakcie, kiedy zobaczyliśmy, żeśmy się pomylili, że jest już za późno, że odwrót stał się niemożliwy, zaczęliśmy oddawać kawałki siebie, aby nie pochłonęła nas ciemność” (s. 49). Alternatywą było bowiem oddawanie kawałków „czyjegoś mięsa”, a na to nie każdy chciał się zgodzić, płacąc za uratowanie swojego człowieczeństwa wysoką cenę.

Kadare jest podobno od wielu lat wymieniany wśród kandydatów do Nagrody Nobla. „Córka Agamemnona” zrobiła na mnie wrażenie, ale nie spostrzegam jej jako literatury takiego kalibru. Dla mnie jest ona zbyt „polityczna”. Lubię książki pełniejsze, które wykraczają poza wątek relacji jednostka – system. Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się rozpaczliwe zawołanie Lechonia: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Zamierzam natomiast przeczytać drugą część dyptyku – „Następcę”, aby dopełnić obrazu całości.

wtorek, 1 stycznia 2013

Literacki Top 10 2012

Witajcie w Nowym Roku! Mam nadzieję, że wkroczyliście w niego w dobrej formie! :-) Choć od dzisiaj mamy w dacie trójkę zamiast dwójki, chciałabym powspominać nieco rok miniony. Powspominać literacko, rzecz jasna. Od kilku już lat spisuję na pożółkłych kartkach moje listy lektur (zaczęłam w czasach, kiedy nie marzyłam nawet jeszcze o blogowaniu, a serwisy internetowe dla miłośników książek, z wygodnymi wirtualnymi półkami, po prostu nie istniały), które okazują się być niezwykle pomocne w takich chwilach jak ta. Jaki był zatem rok 2012? Z przykrością muszę stwierdzić, że pod kilkoma względami niezadowalający. Przeczytałam tylko 51 książek, spośród których wiele, nawet jeśli wywarło na mnie dobre wrażenie w trakcie lektury, zniknęło chwilę potem w odmętach pamięci. Kilkunastu z nich nie udało mi się również zrecenzować na blogu – w tej dziedzinie obiecuję sobie zdecydowaną poprawę! Chciałabym moje pisanie uczynić bardziej regularnym i zdyscyplinowanym, dostrzegam bowiem, że blog, na którym wpisy pojawiają się rzadziej niż raz na tydzień, „stygnie” (czy macie podobne doświadczenia?). Co zastanawiające, często im większe wrażenie wywarła na mnie książka, tym trudniej było mi ubrać w słowa wrażenia z lektury. W efekcie na blogu nie pojawiły się recenzje kilku książek, które uznałam w 2012 roku za najlepsze. Z jednego powodu na pewno nie mogę się smucić – ten rok był rekordowy, jeśli chodzi o ilość zakupionych książek! Impuls dały mi wakacyjne wyprzedaże, a potem poszło już z górki. Cieszę się na wszystkie te lektury z własnej półki, które jeszcze przede mną! W roku 2012 zapisałam się też w końcu do dwóch bibliotek – ciągle wielbię siebie za ten niespotykany akt mądrości ;-).

W rok 2013 wchodzę z nadzieją na poprawę swoich błędów i wypaczeń, a jednocześnie pełna dobrych myśli i przekonania, że będzie lepiej! A oto lista 10 książek, które w roku 2012 wywarły na mnie największe wrażenie* (kolejność alfabetyczna):

1. Majgull Axelsson„Kwietniowa czarownica” 


2. Kiran Desai „Brzemię rzeczy utraconych” 


3. „Wolne”. Rozmawia Remigiusz Grzela


4. Anna Janko „Pasja wg św. Hanki” 


5. „Córki gór”


6. Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty”


7. Colum McCann „Niech zawiruje świat”


8. Katarzyna Surmiak-Domańska „Mokradełko”


9. Magdalena Tulli „Włoskie szpilki”   


10. Juli Zeh „Orły i anioły” 



 Do siego roku!

* chodzi o książki w 2012 roku przeczytane, ale niekoniecznie wydane

środa, 26 grudnia 2012

Urodziny!

„Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień (...)” - śpiewał Andrzej Rosiewicz. No, może nie czterdzieści, ale na pewno DWA - wczoraj mój blog obchodził DRUGĄ rocznicę powstania! Nic to, że przegapiłam właściwą datę - wychodzę z założenia, że na świętowanie nigdy nie jest za późno :-) Tradycyjnie już kłaniam się w pas wszystkim moim czytelnikom, dziękując za podpatrywanie i podczytywanie Book-erki! Dziękuję też za każde pozostawione tu słowo! Jako jubilatka życzę sobie, żeby wytrwać kolejny rok, żeby czytanie i pisanie nadal sprawiało mi mnóstwo radości! Bo tego, że nie zabraknie fantastycznych książek, jestem całkowicie pewna! Zdmuchnijcie proszę, w mojej intencji, choć jedną świeczkę, gdyż...
 
 
Wykorzystam raz jeszcze tekst piosenki ze słynnego „Czterdziestolatka”:

„(...) dwa lata minęły to piękny wiek,
dwa lata i nawet jeden dzień.
Na drugie tyle teraz przygotuj się,
a może i na trzecie, któż to wie? (...)”

Moc pozdrowień i uścisków!

niedziela, 23 grudnia 2012

Wyniki konkursu + życzenia bożonarodzeniowe

Czas rozstrzygnąć konkurs na najbardziej interesującą definicję „amerykańskich błysków pstrągowych”! Chociaż padło tylko pięć propozycji, wybór wcale nie był prosty. Ich autorzy wykazali się bowiem nieprzeciętną pomysłowością i poczuciem humoru. Po głębokim i wnikliwym namyśle, zwycięzcą ogłaszam magdajz@ - za umiejętne połączenie „motywu rybnego” z literaturą :-) Dziękuję wszystkim za udział i zapraszam do zaglądania na bloga - będą kolejne konkursy! Mam nadzieję, że inspiracji dostarczą mi przeszukiwacze google'a :-) Autorkę zwycięskiej odpowiedzi proszę o kontakt mailowy (bookerka@gmail.com) - na zgłoszenie czekam do 28.12. do godz. 12.00!

Tymczasem, w związku z tym, że zbliża się czas szczególny, życzę wszystkim spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt! Słowa to niby banalne, ale im jestem starsza, tym większy widzę w nich sens.
 
Ilustracja pochodzi z książki „Gratka dla małego niejadka” Wydawnictwa Albus

środa, 19 grudnia 2012

Pierwszy Konkurs u Book-erki!

Ogłaszam Pierwszy, Szybki i Spontaniczny Konkurs u Book-erki! Kiedy dzisiaj odkryłam w statystykach bloga, że ktoś trafił do mnie, poszukując hasła (UWAGA!) „AMERYKAŃSKIE BŁYSKI PSTRĄGOWE”, pomyślałam że nie można przepuścić takiej okazji. Konkurs polega zatem na tym, aby zaprezentować mi jak najbardziej przekonywającą definicję tego „tworu słownego”. Liczę na Waszą fantazję i poczucie humoru! Wygra odpowiedź, która spodoba mi się najbardziej. Nagrodą w konkursie jest książka „Smak dżemu i masła orzechowego” Lauren Liebenberg (Wydawnictwo Smak Słowa):

. 
Na odpowiedzi czekam do 21 grudnia (piątek) do godz. 18.00. Zostawiajcie je w komentarzu do tego posta. Książkę, jeśli tylko świat przetrwa, wyślę tuż po świętach (będzie więc to prezent poświąteczny!). Do dzieła! :-)

niedziela, 16 grudnia 2012

No logo? Yes, yes, yes logo!

Doczekałam się – mam w końcu swoje logo! Pomysł, jak zwykle w przypadku tego, co związane jest z rozwojem bloga, powstał przy współudziale pewnej kreatywnej bibliotekarki (Iwonka, pozdrawiam!!!), a wprowadzaniem go w życie zajęła się Martyna – uczennica poznańskiego liceum, istota zdolna, acz skromna (jej prace można podglądać tu). Czekam na recenzje – jak Wam się podoba? :-)

sobota, 15 grudnia 2012

Trójka - Plebiscyt 2012

Mój ulubiony dom kultury – Radiowy Dom Kultury – ogłosił nominacje w Plebiscycie podsumowującym rok 2012 w trzech kategoriach: książka, muzyka i wydarzenie.

W kategorii KSIĄŻKA ROKU nominowani zostali:

S. Chutnik, „Cwaniary”
F. Springer, „Źle urodzone”
K. Usenko, „Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu”
A. Mazur, „Decydujący moment”
D. Masłowska, „Kochanie, zabiłam nasze koty”
R. Brylewski, „Kryzys w Babilonie”
P. Smith, „Poniedziałkowe dzieci”
A. Szapocznikow, R. Stanisławski, „Kroją mi się piękne sprawy”
B. Westin, „Tove Jansson. Mama Muminków”
P. Auster, „Sunset Park”

W kategorii PŁYTA ROKU nominowani zostali:

Maria Peszek, „Jezus Maria Peszek”
Beach House, „Bloom”
R.U.T.A., „Na Uschod. Wolność albo śmierć”
KAMP!, „Kamp!”
Chromatics, „Kill For Love”
UL/KR, „UL/KR”
Kim Nowak, „Wilk”
Kapela Ze Wsi Warszawa, „NORD”
HEY!, „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”

W kategorii WYDARZENIE ROKU nominowani zostali:

Unsound Festival
Łódź Design
Festiwal Nowa Muzyka
Miesiąc Fotografii w Krakowie
Projekt Sztuka na Open’erze
Sacrum Profanum
Off Festival
Rok Johna Cage’a
Slow Man, czyli Coetzee na Malcie

Głosować można tutaj! Na kogo oddacie/oddalibyście swój głos?

środa, 12 grudnia 2012

I ja tam byłam - pierwsze spotkanie poznańskich blogerów!

Wczoraj w Concordii Design odbyło się pierwsze spotkanie poznańskich blogerów. I ja tam byłam! Mit założycielski głosi, że pomysł takiego „zgrupowania” narodził się spontanicznie, podczas podróży powrotnej z Blog Forum Gdańsk. Wiele można kolei zarzucić, ale na pewno nie to, że nie łączy ludzi :-) Organizatorom: Agnieszce vel Zorce, Maciejowi vel Zuchowi, Emanuelowi, Łukaszowi i Mateuszowi należą się ogromne podziękowania i wyrazy uznania. Bardzo zgrabnie wszystko zaplanowaliście i przeprowadziliście! Kiedy przeżywam chwile zwątpienia w sens mojego pisania, zawsze myślę o ludziach, których dzięki temu poznaję. To działa jak najlepsza zachęta! Cieszy mnie także fakt, że spotkanie miało wymiar – oprócz towarzyskiego – bardzo praktyczny, rozpoczęło się bowiem prezentacjami na temat praw autorskich i creative commons. Ważne jest dla mnie, aby prowadzić swojego bloga rzetelnie, z poszanowaniem pewnych zasad, a poszerzanie świadomości prawnej zdaje się mieć w tym względzie kluczowe znaczenie. W oczekiwaniu na kolejny termin imprezy, zapraszam do przeglądania zdjęć (tutaj)! Jedno z nich pozwolę sobie natomiast wyodrębnić, jako że, podekscytowana całością, widnieję na nim ja – w roli interlokutorki reporterki Radia Afera :-) Mam nadzieję, że ten zabieg pozostaje w zgodzie z tym, o czym mówili wczoraj Emanuel i Bartek :-) Do zobaczenia!


niedziela, 9 grudnia 2012

Salon Ciekawej Książki w Łodzi - relacja

Łódzki Salon Ciekawej Książki dobiegł końca. Bilans pobytu na pierwszych targach książki, w których miałam okazję uczestniczyć, wypada niejednoznacznie. Druga edycja Salonu przyciągnęła więcej odwiedzających niż poprzednia (informacja pochodzi od organizatorów), ale trudno nie zauważyć, że łódzkie targi są dopiero w trakcie budowania swojej marki. Na razie to impreza dość skromna, zarówno pod względem przestrzeni, jaką zajmuje, jak i ilości wystawców i zdarzeń towarzyszących. Moje wrażenia z pobytu w Łodzi najłatwiej będzie mi chyba ująć w punktach.

1. ORGANIZACJA

  • Organizatorzy targów zaproponowali ciekawą ofertę spotkań z pisarzami, dlatego jeszcze przed wyjazdem z Poznania zaplanowałam sobie harmonogram rozmów, w których miałam zamiar uczestniczyć. Niestety, nie cieszyły się one w ogóle powodzeniem. Dość powiedzieć, że na spotkanie z wybitną reporterką, Lidią Ostałowską, przyszło ok. 10 osób i był to, jak miało się okazać, frekwencyjny sukces. W spotkaniu z Kają Malanowską, autorką dobrych i bardzo dobrych przecież książek, uczestniczyłam tylko ja i pewna starsza pani. Zrobiło się kameralnie, pisarka zaprosiła nas do stolika i tak sobie rozmawiałyśmy w czwórkę. Mam także ochotę ponarzekać trochę na strategię komunikowania się organizatorów z czytelnikami. Część spotkań odwołano, a mimo to na ekranach przy poszczególnych salach nie można było dopatrzyć się takiej informacji;
  • Małe targi sprzyjają chyba bardziej drobnym wydawnictwom – nie giną one wizualnie w morzu rozkrzyczanych, marketingowo agresywnych stoisk, łatwiej wyłowić je w tłumie;
  • Łódzkie targi nie były łaskawe dla łowców autografów – książki podpisywało zaledwie kilkoro autorów, głównie pozycji dla dzieci;
  • Co prawda przyjechałam na targi dopiero w sobotę, ale słyszałam od wydawców, że piątek był pod względem frekwencyjnym fatalny! Być może w przypadku małych targów, budujących dopiero swoją renomę, zasadne byłoby ograniczenie czasu ich trwania do weekendu;
  • Kiedy czytałam relacje czytelników z pobytu na targach w Warszawie czy Krakowie, często powtarzało się w nich uskarżanie na tłok, zaduch, kolejki. W Łodzi nie występował żaden z tych kłopotliwych czynników. Możliwy był indywidualny kontakt z wydawcą, ba, niektórzy byli go nawet bardzo spragnieni (czyżby wynudzili się w piątek?:-))!
  • Przyjechałam na targi spragniona książek w atrakcyjnych cenach. Wiele z nich, owszem, kosztowało mniej niż w księgarniach stacjonarnych, ale już nie mniej niż w sklepach internetowych. Niektóre wydawnictwa nie oferowały żadnego rabatu i to już uważam za zdecydowaną przesadę;
  • Chciałabym podkreślić wyraźnie, jak wiele dobrego dzieje się na rynku literatury dla dzieci. Dopiero na targach miałam okazję przyjrzeć się temu, co współcześnie proponuje się najmłodszym czytelnikom. Wiele wydawnictw stawia na książkę artystyczną i pięknie im to wychodzi. W ostatniej „Polityce” Justyna Sobolewska przekonywała, że mali wydawcy, dbający zarówno o tekst, jak i szatę graficzną, narzucają standardy większym graczom na rynku. Zdaje się, że miała w tym względzie rację. Książki Albusa, Hokus-Pokus, Wytwórni, Entliczka, Tataraku, iKropki czy Ładnego Halo tak „drażniły” moje zmysły, że miałam ochotę nabyć drogą kupna stosy książek dla dzieci, choć sama dzieci nie mam;
  • Fajnym pomysłem było urządzenie w holu targów „Gralni” – miejsca, w którym za darmo można było pograć w gry planszowe, a potem ewentualnie je zakupić. Widziałam, że cieszyło się ono niesłabnącym powodzeniem;
  • Mimo pewnych niedostatków Salonu Ciekawej Książki, o których pisałam przed chwilą, cieszę się, że każde większe miasto ma ambicję zorganizowania własnych targów książki. Chcę wierzyć, że to sygnał poprawy statusu książki i czytelnictwa w Polsce!

2. SPOTKANIA

Z powodów opisanych powyżej, ostatecznie wzięłam udział tylko w dwóch spotkaniach z autorkami: Kają Malanowską i Lidią Ostałowską. Ostałowska wywarła na mnie ogromne wrażenie, jest bowiem dziennikarką magnetyczną, charyzmatyczną, refleksyjną – wybitną. Prowadząca rozmowę Joanna Podolska pytała o to, jak powstawały kolejne jej książki, w tym najnowsza, zatytułowana „Bolało jeszcze bardziej” – zbiór opowieści o Polsce, kraju „wiecznej transformacji”. Znalazły się w niej dwa teksty o Łodzi i to one stanowiły pretekst do wymiany refleksji na temat warsztatu pracy reportera, fenomenu polskiej szkoły reportażu czy przyszłości tego gatunku. Słusznie zwracała Ostałowska uwagę, że niewiele pisze się i wydaje o Polsce, że reportaż literacki podryfował gdzieś poza jej granice, w kierunku Czech, Turcji, Izraela. Tymczasem dzieją się u nas rzeczy ciekawe, ważne, lecz często, jak w tytule, bolesne. Taka już rola reportera – konstatowała dziennikarka, że poznaje miejsca, miasta, problemy z najgorszej strony. Zapytana o to, jak udaje jej się zdobyć zaufanie swoich bohaterów, tak że zgadzają się przed nią uzewnętrznić, Ostałowska zauważyła, że ludzie tak naprawdę lubią mówić o sobie, zwłaszcza że mało rozmawiają ze sobą w rodzinach. Trafne to i smutne. Ze spotkania z panią Lidią wyszłam z poczuciem, że chociażby dla niego warto było do Łodzi przyjechać.

3. ŁUPY

Nie mogło być inaczej – przywiozłam z targów kilka łupów książkowych! Zamiast fotografią własną, posłużę się przy ich prezentacji zdjęciami pochodzącymi ze stron wydawnictw – trudno o tej porze (23.00) o dobre światło:-):

  • Józef Wilkoń „Psie życie” – mój absolutny faworyt! Zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia i kupiłam ją sobie, choć to teoretycznie... pozycja dla dzieci. Wilkoń opowiedział niesamowitymi ilustracjami (zdjęcia wykonanych przez autora rzeźb!) o relacji człowieka i psa, w idealnych proporcjach mieszając smutek i piękno; 
    http://www.hokus-pokus.pl

  • Lidia Ostałowska „Farby wodne” i „Bolało jeszcze bardziej” – zakup konieczny, zwłaszcza po niezwykle inspirującym spotkaniu z autorką;
    http://czarne.com.pl

  • Warren FitzGerald „Krzykacz z Rwandy” i Jane Borodale „Księga ogni” z Domu Wydawniczego Mała Kurka – nie znałam tego wydawnictwa, dopóki nie spojrzałam na listę wystawców targów w Łodzi. Weszłam na stronę internetową Małej Kurki i... udało jej się mnie zaintrygować. Jedno ze stoisk, na którym można było kupić książki w naprawdę atrakcyjnych cenach;
    http://www.malakurka.pl

  •  Mo Yan „Obfite piersi, pełne biodra” – z powodu Nobla...
    http://www.wab.com.pl

wtorek, 27 listopada 2012

Klub 27, „czyli śmierć tworzy artystę”


A. Salmela „27, czyli śmierć tworzy artystę”
Przełożyła: Iwona Kiuru
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2012

Choć pewnie świadczyć to będzie o moim popkulturowym opóźnieniu, przyznam się tutaj wprost i szczerze, że o istnieniu Klubu 27 usłyszałam po raz pierwszy dopiero po śmierci Amy Winehouse, mając na karku lat – nomen omen – 27. Bohaterka książki Alexandry Salmeli pragnie dołączyć do „elitarnego” grona tych, którzy żyli intensywnie i odeszli młodo. Śmierć w końcu – jak głosi tytuł powieści – tworzy artystę. A Angie za artystkę pragnęłaby uchodzić. Oczekiwań od świata nie ma wielkich – ot, napisać jedno wiekopomne dzieło, odejść spektakularnie w glorii i chwale i żyć już wiecznie w pamięci potomnych. To, co łatwo sobie wymarzyć, trudniej jednak zrobić. Młoda adeptka sztuki pisarskiej męczy się i poci, a jedyne na co może liczyć, to zgryźliwe recenzje przyjeciela. Na dokładkę rzeczywistość dopomina się o swoje – uczelnia o pracę magisterską, ojciec lamentuje nad brakiem celu życiowego córki, babcia naciska na znalezienie „porządnej” pracy, czyli takiej, w której zarabia się pieniądze (próby literackie nie mieszczą się w tej kategorii), a starsza siostra, „zawsze tak rozsądna i efektywna” (s. 118), traktuje ją z wyższością osoby jasno zdefiniowanej. W tym kontekście wyjazd Angie na fińską wieś, aby tam ogarnąć chaos panujący w jej głowie i życiu, jest próbą wykrzyczenia: „A dajcie mi wszyscy święty spokój!”. Książka Salmeli ma jeszcze jedną „cichą” bohaterkę – Piię, mieszkankę domu w środku lasu, żonę Marko, matkę trójki dzieci i właścicielkę terenowego Opla. Równie zagubioną co Angie, choć trochę inaczej, bo zamkniętą już w konkretnej roli. Jeśli wierzyć jednemu z narratorów – żyjącą w świecie iluzji: iluzji szczęścia, doskonałości, dziarskości. Spotkanie tych dwóch kobiet, początkowo sobie niechętnych, wywróci wiele spraw do góry nogami.

„27, czyli śmierć tworzy artystę” to historia kobiecego poszukiwania własnej tożsamości i odrębności. Pragnienie Angie, by spłodzić genialne dzieło i umrzeć młodo, jest niczym więcej, jak rozpaczliwą próbą zdefiniowania siebie, wejścia w jedną z gotowych ról. Dlaczego akurat taką – to już zupełnie inna kwestia. Piia z kolei, jak zauważa narratorka „Zawsze chciała być inna, chciała być w szarym tłumie jedyną w swoim rodzaju myślącą indywidualnością. Jej życie stało się jednak pasmem połowicznych rozwiązań. Chciała być obecna, ale nie była w stanie się w nic zaangażować. Chciała podróżować, ale nie potrafiła zostawić za sobą starych śmieci. Chciała utonąć w miejskim wirze, ale tęskniła za spokojem duszy. Chciała się przeprowadzić do lasu, by oczyścić umysł, ale nie radziła sobie poza granicami miasta. Chciała być ekologiczna, ale była zbyt wygodnicka. Chciała zostać aktywistką, ale nie mogła znieść ludzi” (s. 23). Obydwie kobiety projektują utopijne wizje swojego życia, a kiedy trzeba przejść od słów i wyobrażeń do czynów, okazują się zbyt słabe, niepewne, kiepsko zdeterminowane. Sięgając po to, co niedostępne, zyskują usprawiedliwienie dla swojej porażki. Zwalnia je to także z konieczności mierzenia się z tym, co tu i teraz. Problem tożsamości był już w literaturze wielokrotnie podnoszony i w tej kwestii słowacka pisarka nie mówi nam nic oryginalnego. Zaskakuje natomiast dystansem, z jakim traktuje swoje bohaterki. Potrafi być wobec nich bezceremonialna i złośliwa. Bez mrugnięcia okiem obnaża ich wady i słabości, stawia w krępujących sytuacjach. Nie można natomiast powiedzieć, że ich nie lubi, z tym że jest to tzw. „szorstka przyjaźń”. Wszystko to sprawia, że w „27, czyli śmierć tworzy artystę” dominuje raczej ton lekki, zabawno-ironiczny, trochę komediowy. Nie wszystkie książki świata muszą być oczywiście śmiertelnie poważne, poczucie humoru i cięty język cenię sobie u pisarzy niezwykle wysoko, ale w tej zabrakło mi jednak głębi. Mam wrażenie, że eksperymenty formalno-językowe przysłoniły tu sedno sprawy. Trzeba bowiem wspomnieć jeszcze, że oryginalna jest w tej powieści narracja – oprócz głównej bohaterki, głos zabiera jeszcze trzech narratorów – i ludzi, i, o dziwo!, przedmiotów. Obserwowanie ludzkich relacji z perspektywy terenowego Opla jest doprawdy pouczające. Pan Prosiaczek, różowa maskotka, tryska wiecznym optymizmem. Kasandra zaś... niech pozostanie tak tajemnicza, jaką jest przez dużą część książki. Zastosowanie wielogłosowości było ciekawym pomysłem, choć szkoda, że nie wykorzystano możliwości tego narzędzia do pokazania pogłębionego portretu bohaterów. Przyznam szczerze, że nie do końca rozumiem, czemu akurat ta książka spotkała się w Finlandii z tak entuzjastycznym przyjęciem. Być może pisząca po fińsku Słowaczka, obca, a jednak „swoja”, nazwała jakieś fińskie bolączki, kompleksy, współczesne dylematy. Jeśli tak – pozostaje to dla mnie nieczytelne, przede wszystkim ze względu na małą znajomość tego kraju. Podsumowując: „27, czyli śmierć tworzy artystę” to całkiem udany kawałek prozy, choć we mnie pozostawił niedosyt. W Serii z Miotłą czytałam książki zdecydowanie lepsze, ta raczej trafi na półkę z etykietą „miotłowego” przeciętniaka. Tylko tyle i aż tyle.

piątek, 23 listopada 2012

Niewysłany list do A.

A. Wojtacha „Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie”
Carta Blanca Sp. z o.o.
Grupa Wydawnicza PWN
Warszawa 2012

Pani Anno!

15 listopada br. po raz pierwszy przeczytałam w Internecie o ponownym zaostrzaniu się konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dzień wcześniej skończyłam lekturę Pani debiutanckiej książki – otwartej i szczerej relacji o życiu korespondenta wojennego. Pomyślałam od razu: pewnie znowu spakuje się Pani w ciągu kilkunastu minut i bez mrugnięcia okiem wyjedzie w ten zapalny region świata – jak ten uzależniony na głodzie, który ma szansę otrzymać wreszcie swój narkotyk. Często Pani tę analogię w „Kruchym lodzie” przywoływała – musi być bardzo adekwatna i trafna! Rozdział poświęcony konfliktowi w Strefie Gazy odebrałam jako szczególny – Pani, twarda na co dzień babka, która nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać (nawet rosyjskiemu komandosowi), dała się ponieść emocjom – jakby tam przekroczono jakąś granicę, która unieważnia priorytetowość zasady neutralności, zawodowego dystansu. Notuje Pani: „(...) bombardowana jest teraz Gaza. Każdego dnia pojawiają się informacje o zabitych i rannych. Szpitale w Gazie są przepełnione. Lekarze nie nadążają operować, bo po każdym ostrzale na oddziały trafia tyle ludzi, że brakuje rąk do pracy. Nie ma też wody i prądu. Kilka dni po rozpoczęciu wojny mówi się o kryzysie humanitarnym. Nie można nie zauważyć dysproporcji między życiem tam a tu. Nie można, choćby nie wiadomo jak patrzeć, choćby nie wiadomo jak przymykać oczy. Mnie coraz bardziej to kłuje i już niebawem zostanę oskarżona o antyizraelskie nastawienie” (s. 150). 15 listopada kolejny raz poczułam jak to jest, kiedy literatura i życie splatają się w mocnym uścisku.

Wątpię, abyśmy często zastanawiali się, my – widzowie programów informacyjnych, czytelnicy gazet i serwisów internetowych, kto tworzy relacje z odległych, pogrążonych w konflikcie stron świata. Tak jakby istniał tylko komunikat, a nie istniał jego nadawca. Przyparci do muru, pewnie wygłosilibyśmy kilka frazesów na temat trudów i niebezpieczeństw takiej pracy. Być może wielu przywołałoby nazwisko Waldemara Milewicza, który zginął w Iraku w 2004 roku. Nie twierdzę, że korespondent wojenny powinien pachnieć i błyszczeć, brylować na salonach i odgrywać celebrytę. Pani swoją książką sprawiła natomiast, że reporter zyskał twarz i podmiotowość, mój podziw i szacunek. A te należą się Państwu jak psu zupa.

W swojej książce opisuje Pani pracę podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, izraelsko-palestyńskiej, misji w Afganistanie, zamachów terrorystycznych w Indiach oraz strajku na lotnisku w Tajlandii. Zostało mi w głowie po lekturze „Kruchego lodu” kilka obrazów, które tak szybko chyba nie znikną. Mężczyzna z córeczką na rękach, uciekający z płonącego Gori. W pewnym momencie dziecko budzi się i zaczyna bezgłośnie płakać, wyrażając swój lęk grymasem twarzy i strumieniem łez. Pani – instynktownie – podaje mu butelkę z wodą, mała uspokaja się. Oszalały z przerażenia pies, który próbuje schronić się przed hukiem wystrzałów i spadających bomb w Pani samochodzie, a później nie chce z niego wyjść. Dzieci z Gazy, które przyjechały do Polski na rehabilitację. Kiedy podczas spaceru w parku usłyszą nagle helikopter, pobiegną co sił w nogach do najbliższego budynku i położą się pod ścianami. Jeroen, dziennikarz holenderskiej telewizji, opłakujący śmierć swojego operatora i przyjaciela. Kilka scen, w których zamyka się totalność i okrucieństwo wojny. Jak to na dłuższą metę wytrzymać?

Sposobów jest kilka. Można przełączyć się na „tryb terminatora” - „wypracowany system odcinania się od śmierci” (s. 9). Nie czuć, nie myśleć, nie płakać. Relacjonować, wykonywać swoją pracę. „Wojna w zasadzie wszędzie wygląda tak samo” (s. 184). Wymyślać głupie, makabryczne, czasem okrutne żarty – bo rozładowują napięcie. Nie ruszać się bez towarzystwa znieczulacza – butelki z alkoholem. Czy wśród korespondentów wojennych częściej występują nałogi? Być fascynatem swojego zawodu – oto metoda najskuteczniejsza, lecz wprowadzająca jednocześnie w sytuację reportera pewną dwuznaczność: pragnie on bowiem dla siebie tego, co innym przynosi śmierć i zniszczenie. Wbrew rozsądkowi, bliskim, rozpadającym się związkom. Mimo dojmującej czasami bezsilności i bezradności. Może dlatego w „Kruchym lodzie” korespondenci wojenni zyskują miano „wojennych ćpunów” (s. 12), „najedzonych wysłanników”, „wojennych turystów” (s. 63) czy też „turystów masakry” (s. 102).

Nie sposób nie zadać pytania: dlaczego? Pani też często się nad tym w swojej relacji zastanawia. Co sprawia, że człowiek pragnie być tam, gdzie jego istnienie jest zagrożone? Że jedzie w sam środek piekła na ziemi, gotowy zmierzyć się z cierpieniem ofiar? Ba, że kiedy tylko dowie się o wybuchu nowego konfliktu, wracają mu siły, energia, poczucie sensu?! W towarzystwie śmierci na pewno intensywniej odczuwa się życie. Można też mówić tu o pewnego rodzaju uzależnieniu. Bliżej mi jednak do „interpretacji tożsamościowych”, które Pani proponuje, choć pewnie dziwnie zabrzmi to, że na wojnie można odnaleźć siebie, skonfrontować się ze swoimi lękami i oswoić je, zakrzyczeć niepokój. Inna to już sprawa – cena, jaką się za to płaci. Nie bez powodu przywołuje zapewne Pani postać Kevina Cartera, autora słynnego zdjęcia maleńkiej Sudanki i czyhającego na nią sępa, któremu „kruchy lód pod stopami pękł” (s. 220).

Oprócz podziwu i szacunku, jest we mnie też wiele wątpliwości – nie tyle względem Pani książki, co obecności dziennikarzy na wojnie w ogóle. Media, przekonane o swojej doniosłej roli, trochę się nam współcześnie rozbestwiły. Informowanie społeczeństwa o międzynarodowych konfliktach jest misją szlachetną, a w dobie globalizacji – nawet konieczną. Kiedy jednak irytuje się Pani, że władze indyjskie nie kontaktują się z korespondentami w sprawie hotelu zaatakowanego przez terrorystów, myślę sobie: oddajmy pierwszeństwo sprawom najważniejszym. A do nich należy zdrowie i życie ludzi, a nie dopieszczanie mediów. Kiedy próbuje się Pani dostać drzwiami i oknami do szpitali, aby nagrać rozmowę z ofiarami, również czuję opór. Osobną kwestią pozostaje to, na ile obecność mediów prowokuje strony konfliktu do tego, aby wykorzystać je jako bezpłatny kanał transmisji swoich idei, wartości czy krzywd, przyczyniając się w ten sposób do eskalacji przemocy. Mimo tych wątpliwości, dziękuję Pani za tę książkę, która trzymała mnie dwie doby w czytelniczym uścisku. Mam nadzieję, że szczerość zawsze pozostanie w cenie.

Z pozdrowieniami,
I.L.

Za egzemplarz książki dziękuję portalowi:

wtorek, 13 listopada 2012

„Mięso” Dominiki Dymińskiej - kontrowersyjny debiut

D. Dymińska „Mięso”
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2012


Kiedy przeczytałam na blogach moich ulubionych recenzentów dwie krytyczne opinie na temat debiutu Dominiki Dymińskiej pt. „Mięso”, nieświadomie założyłam sobie, że pewnie i ja ocenię go nisko. Dlatego piszę to z niejakim zdziwieniem: wcale nie uważam tej książki za złą, a może nawet za dobrą. Dość powiedzieć, że odkąd skończyłam ją wczoraj rano, nie umiem wyrzucić jej z głowy, gdzie drąży sobie ścieżki w różnych kierunkach. Zdaję sobie sprawę, że jest to lektura mocna, nieprzyjemna, a przez niektórych może być uznana za obrazoburczą. Dużo w niej seksu, fizjologii, przypadkowych znajomości. Gdyby szukać jej literackiego czy filmowego pierwowzoru, byłby nim raczej obraz „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec niż cykl „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz. Co prawda główna bohaterka nie sprzedaje swojego ciała za pieniądze, ale można chyba powiedzieć, że sprzedaje je za imitację uczucia i chwilowe złudzenie akceptacji. Nie mam zwyczaju ani potrzeby, aby podejmować się w pierwszym odruchu oceny moralnej postaci, a tym bardziej autorki. Jeśli 21-letniej debiutantce udało się uchwycić jakiś fragment bolesnej rzeczywistości, wolę pytać o to, jaka ta rzeczywistość jest i dlaczego taka jest.

„Mięso” to w gruncie rzeczy historia o trudnym dorastaniu i młodzieńczym zagubieniu. Dominika, nastoletnia bohaterka, nie akceptuje siebie, a zwłaszcza swojego ciała. Uważa, że jest gruba, brzydka, nie warta miłości. Boryka się z kpinami ze strony rówieśników, a jako metodę pocieszenia stosuje kolejną porcję jedzenia. Rodzina trochę ją wspiera, ale najczęściej zajęta jest swoimi sprawami. Rodzice rozwiedli się, kiedy miała siedem lat. Wzmianka o ojcu pojawia się w książce raz, matka zaś próbuje najczęściej układać sobie życie na nowo, co wychodzi jej raz lepiej, raz gorzej. Szkoła jest miejscem, którego raczej się unika, a klasowe wycieczki koszmarem odosobnienia. Brzmi jak banał? Schemat? Jak opowieść dla dorastających panienek, podszyta egzaltacją? Na pierwszy rzut oka – tak. Dominika odkrywa jednak „dobrodziejstwo” bezprzewodowego Internetu i wsiąka w świat portali społecznościowych, randkowych, czatów. Flirtuje z mężczyznami, prowadzi erotyczne gry, przesyła im „foto z cyckami na wierzchu” (s. 27). W końcu przekracza granicę, dzielącą ją być może od tysięcy nastolatek, które też wykorzystują Internet do nawiązywania wirtualnych kontaktów – zaczyna umawiać się na seks z poznanymi w sieci facetami. I wreszcie dostaje to, czego tak bardzo pragnęła – akceptację, poczucie bycia piękną, atrakcyjną, pożądaną. Niebezpieczne połączenie.

Debiut Dominiki Dymińskiej wywołał we mnie bardzo emocjonalną reakcję i sama dociekam, gdzie tkwią jej źródła. Być może chodzi o to, że pracuję z młodzieżą licealną, a z racji zawodu mam dostęp do jej intymnych problemów. Jeśli nie pamiętamy, co sami przeżywaliśmy w okresie dorastania albo udało nam się przetrwać go wyjątkowo spokojnie, książka Dymińskiej może wydawać się pornograficzną fantastyką. Z mojej perspektywy jest niestety bardziej realna, niż chcielibyśmy myśleć. Zagubienie, niepewność i niskie poczucie własnej wartości manifestują się na różne sposoby, a czasami błahy (z dorosłej perspektywy) czynnik decyduje o wyborze takiej, a nie innej ścieżki radzenia sobie z „bólem istnienia”. Wielu młodych ludzi – wrażliwych i kruchych – nie nadąża za światem, w którym przytłacza ich strumień informacji, bodźców i zmian. Relacje rodzinne zbyt często zawodzą jako źródło wsparcia. „Potencjał kryzysowy” tego okresu życia jest więc współcześnie ogromny. Myślę też, że „Mięso” wywarło na mnie takie wrażenie, ponieważ to dobrze napisana historia – psychologicznie wiarygodna, realistyczna, autentyczna w swojej dramatycznej wymowie. Autorka posługuje się językiem prostym, codziennym, ale mam takie poczucie, że to dlatego, że tak wybrała, a nie dlatego, że inaczej nie potrafi. Niektóre fragmenty zdradzają zresztą, że ma dryg językowy. Uważam natomiast, że duży błąd popełniono na okładce książki, porównując Dymińską do Herty Müller – stawianie obok siebie w jednym szeregu 21-letniej debiutantki i utytułowanej pisarki jest sporą przesadą, jeśli komuś szkodzącą bardziej (bo tak niewiarygodną, że od razu dystansującą, a nawet denerwującą), to z pewnością początkującej autorce. Być może chwyt ten spowodował nadmierny wzrost oczekiwań czytelników. Nie warto jednak zbytnio przywiązywać się do tego „incydentu marketingowego” i rzeczowo spojrzeć na debiut Dymińskiej. Mnie wydaje się on obiecujący, z tym założeniem, że jej potencjał pisarski zweryfikuje druga książka. 

poniedziałek, 5 listopada 2012

„Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”

A. Drotkiewicz „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

Bardzo podoba mi się tytuł książki Agnieszki Drotkiewicz. Bella Szwarcman-Czarnota, jedna z jej rozmówczyń, podkreśla dwoistość sformułowania „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”: odbijają się w nim zarazem skarga, poczucie krzywdy, jak i duma z praktykowania cnoty sumienności i pilności. W kontekście tego, że dużo mówi się współcześnie o pracy, ale mało o pracowitości, lektura wywiadów ze znanymi postaciami polskiego życia publicznego (nie mylić z celebrytami!), które przeprowadziła autorka, skłania do interesujących refleksji. Szukając bowiem recept na dobre życie, właśnie aktywność zawodową wiele z nich najczęściej wskazywało jako źródło poczucia sensu i produktywności. Nie o samej pracy traktuje jednak ta publikacja, powiedziałabym raczej, że rozpięta jest ona tematycznie między obowiązkiem a przyjemnością (choć te dwie dziedziny nie muszą się wcale wykluczać!). Agnieszka Drotkiewicz udowodniła, że podejmowanie kwestii fundamentalnych („Jak żyć?”), być może na pierwszy rzut oka naiwne, straceńcze, właściwe egzaltowanym damom, ewentualnie poszukującej swojej tożsamości młodzieży, jest niezwykle ożywcze i twórcze. Nie tyle bowiem istotne są pytania, ile to, kto i jak na nie odpowiada.

Drotkiewicz zaprosiła do rozmowy o życiu dziesięć osób. Jakim kluczem kierowała się w ich doborze – nie wiem, być może znaczenie miał tutaj fakt, że wszystkie zajmują się w ramach swojej roli zawodowej pisaniem. Każde – podkreślam: KAŻDE – spotkanie, zarejestrowane na kartach tej książki, dostarczyło mi materiału do bogatej myślowej obróbki, a taką funkcję motywacyjną lektur bardzo sobie cenię.

Bella Szwarcman-Czarnota, redaktorka i felietonistka czasopisma „Midrasz”, pięknie opowiedziała o sile, jaką czerpie z zakorzenienia w kulturze żydowskiej, z rytuałów porządkujących życie codzienne, przy czym praktykuje to uczestnictwo nieortodoksyjnie, raczej w zgodzie z duchem niż literą prawa religijnego. Pokazuje ona, że pewne formuły, obyczaje, ceremoniały, wykonywane w ten sam sposób przez stulecia, jeśli potraktuje się je refleksyjnie, odczyta zaklętą w nich sens i metaforę, mogą być czymś więcej niż tylko pustym gestem. Inspirujący jest, zawarty w tradycji żydowskiej, nakaz ciągłego uczenia się, czytania, rozwoju, pracy – czasem tak radykalnie uwewnętrzniany, że nie pozwala odczuwać „bezcelowej” przyjemności. Zastanawiam się, czy ta pracowitość, spostrzegana w kategoriach narodowych, kłująca pewnie w oczy nieco mniej „zdyscyplinowanych”, nie przyczyniła się w dawnych czasach do powstania stereotypu Żyda-lichwiarza, oszusta, skąpca, „maszynki” do zarabiania i liczenia pieniędzy.

Monika Richardson to dla mnie najbardziej zagadkowa rozmówczyni Agnieszki Drotkiewicz. Wywiad nie pozostawia wątpliwości, że jest ona kimś więcej niż tylko „panią z telewizji” – gruntownie wykształconą, inteligentną i refleksyjną kobietą. Ale... jest w jej wypowiedziach jakieś irytujące zadęcie, zadzieranie nosa, podprogowe budowanie opozycji pomiędzy elitą intelektualną, której ona sama czuje się reprezentantką, a tymi, którzy powinni być przez nią pouczani, kierowani. Skłoniło mnie to do postawienia problemu: czy można samemu ogłosić się intelektualistą/ką, czy też jest się nim/nią „z nadania”, tak jak autorytetem? Czy mówienie o sobie „jestem intelektualistą/ką” jest przejawem megalomanii czy raczej zdrowego poczucia własnej wartości? Mnie wydaje się to jednak trochę żenujące.

W wywiadzie z Basilem Kerskim, redaktorem naczelnym Magazynu Polsko-Niemieckiego „Dialog” i dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności, warto zwrócić uwagę na fragment poświęcony Berlinowi – historii jego podziału i zjednoczenia. Ciekawe jest to, jak miasto radzi sobie obecnie z powojenną traumą, jak subtelnie i z klasą upamiętnia ślady przeszłości, nie szantażując emocjonalnie swoich mieszkańców, dając im przestrzeń na swobodne, beztroskie, spokojne życie. Rozmowa z Basilem Kerskim dotyka też problemu wielokulturowości, zarówno na płaszczyźnie jednostkowej, jak i państwowej.

Hanna Kowalczyk, wieloletni chirurg Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej Dziecięcej w Warszawie, opowiada o medycynie bioinformacyjnej, którą zainteresowała się na pewnym etapie swojego rozwoju i której w pełni się od tego czasu poświęciła. Lekarka snuje wiele ciekawych refleksji na temat związków medycyny akademickiej z niekonwencjonalną, zmian w relacji lekarz-pacjent, zdolności ludzkiego organizmu do samoregulacji i samoleczenia, zależności pomiędzy ciałem a umysłem. Najbardziej jednak zaimponowała mi jej niezwykle wyostrzona świadomość – siebie, swojej roli zawodowej, miejsca, w którym się obecnie znajduje – i konsekwencja, z jaką podąża obraną przez siebie ścieżką.

Dorota Masłowska, z właściwą sobie, mam wrażenie, zadziornością, szczerością i otwartością, dekonstruuje figurę „pisarza, który odniósł sukces”. Choć brnę przez jej książki tak ciężko, jak przez wysokie zaspy, ogromną frajdę sprawia mi czytanie jej felietonów czy rozmów – uważam, że mądra i przenikliwa z niej dziewczyna. Pisarka wychodzi z założenia, że sukces może być dla artysty tak samo rujnujący, jak jego brak. Z jednej strony traci się bowiem anonimowość, którą rozpaczliwie próbuje się chronić [(„Musisz budować oficjalną wersję siebie, która cię wygłusza, wygłusza twoją esencję niczym drzwi antywłamaniowe Gerda, i potem nagle okazuje się, że sama do siebie też już nie możesz się włamać” (s. 164)], z drugie strony zaś pojawiają się pokusy natury finansowej [„telewizor, meble, mały fiat” (s. 164)]. Agnieszce Drotkiewicz zwierza się Masłowska z tego, jak próbowała się przed rosnącą popularnością bronić i co z tego wyniknęło.

Roch Sulima, antropolog i historyk kultury, znalazł się pod obstrzałem dwóch rozmówczyń – w zadawaniu pytań i komentowaniu rzeczywistości autorkę książki wspomogła, wzmiankowana wyżej, Dorota Masłowska. Jak na autora bestsellerowej „Antropologii codzienności” przystało, profesor mówi o „najbliższej ciału koszuli” – o rzeczach, które gromadzimy, i o tym, co dzieje się z nimi podczas przeprowadzki, kiedy tracą chwilowo swój intymny charakter, bo stają się widoczne; o terytorialności („podłogowości”), cielesności i zmysłowości; o potrzebie transcendencji, samotności w świecie nieustannej kreacji i bezinteresownej rozmowie jako „towarze luksusowym”.

Zaprzestaję już tej wyliczanki, choć nie wspomniałam jeszcze o Tessie Capponi-Borawskiej, Sylwii Chutnik, Ewie Wieleżyńskiej i Agnieszcze Kozak. Kogo zaciekawiła tematyka sześciu pierwszych rozmów, i na pozostałych się nie zawiedzie. Kto poczuł, że taka formuła książki nie jest dla niego, tego i nazwisko Sylwii Chutnik (Agnieszki Kozak... itd.) nie przekona ;-) Mnie w każdym razie wywiady z mądrymi, ciekawymi ludźmi, którzy swoje już przeżyli i przemyśleli (co niekoniecznie musi mieć związek z wiekiem), porządkują świat i dają pewne oparcie – niezwykle cenne w świecie wielu prawd, nieograniczonych możliwości i „wymienialnych” tożsamości.

P.S. Projekt okładki książki „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i zawarte w niej rysunki przygotowała Marianna Sztyma, ilustratorka publikacji „Oto kot” Wydawnictwa Albus, o której pisałam kilka dni temu. Kolejny to przykład na to, że im więcej się wie, tym więcej się widzi ;-)

czwartek, 1 listopada 2012

Oddech

Szukałam na dzisiaj jakiegoś tekstu refleksyjnego, nastrojowego i do głowy przyszła mi Jolanta (córka Ireny, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Ludwiki) Brach-Czaina, filozofka istnienia. Oto jeden z rozdziałów z tomu „Błony umysłu” (Wydawnictwo Sic, 2003), zatytułowany „Oddech” (podkreślenia moje):

„Wśród wszystkich czynności najważniejszą, bo najbardziej nierozerwalnie z nami związaną, jest oddychanie. Nie jeść mogłabym tygodniami, nie pić przez kilka dni, nie oddychać – zaledwie przez sekundy. A jednak często myślę o jedzeniu, a prawie nigdy o oddychaniu. Wciągam powietrze i wypuszczam, wciągam i wypuszczam. Bezmyślnie. Bez przerwy. I na tym, przede wszystkim, polega moja obecność w świecie.

Czasem zwracam uwagę na to, czym oddycham. Zwykle moją świadomość budzi jakiś zapach: perfum przechodzącej obok osoby, albo jedzenia, gdy jestem głodna. W ulicznym korku zaniepokojona wyziewami spalin pośpiesznie manipuluję wentylacją samochodu, by rozrzedzić trucizny, jakie wdycham. Właściwie tylko czasem, w lesie, w górach albo w polu i przy szczególnej pogodzie, zdarza mi się świadomie wciągnąć łyk powietrza i z przyjemnością zauważyć, że oddycham. Wówczas przez chwilę skupiam się na samej tej czynności. Błogie uczucie. Niestety, ten ważki i wspaniały proces najczęściej dostrzegam wówczas, gdy coś go zakłóca. A więc w doznaniu negatywnym. Gdy biegnę i brak mi już tchu. Wtedy mam nawet pretensje do oddychania, że mnie zawodzi. Tak bardzo nie potrafię oddzielić siebie od oddechu, że sprzeczność między jego wolą a moim rytmem zaskakuje mnie i boleśnie uderza. Te przykre chwile powodują przebudzenia uwagi, ale zdarzają się rzadko. Zazwyczaj traktuję oddech jak coś, co mi się należy, i nie myślę o nim.

Są takie miejsca, które opuściłam wiele lat temu, ale do dziś może nad nimi krążyć mój oddech. Oczywiście rozrzedzony, rozsnuty przez wiatr, wymieszany z oddechami innych, nie tylko osób, z którymi razem oddychałam, bo były tam też psy, a nocą dołączał do nas oddech traw i liści, a także pewnej pelargonii, która pachniała złośliwie zieleniną. Z mego oddechu zostały tam już pewnie tylko luźne cząstki w powietrznych przestrzeniach. Niektóre z nich mogły wielokrotnie stawać się częścią oddechu innych, nieznanych mi ludzi. W tym przypadku ich obcość trochę mnie niepokoi. Przecież oddech, źródło wewnętrznej energii, może być jakoś związany z moją tożsamością. Tymczasem tak to wygląda, jakby pewne elementy świata na chwilę stawały się mną, a potem ode mnie odlatywały i, znów przez moment, pozwalały komuś innemu budować siebie. Może nie trzeba zbytnio przywiązywać się do wyobrażenia własnej wyjątkowości, choć indywidualistom, jakimi jesteśmy, podobne myśli mogą wydawać się nieprzyjemne.

A jednak sądzę, że można by pójść jeszcze dalej i zakwestionować powszechne przekonanie o istnieniu przepaści dzielącej nas – wyróżnionych życiem – od nieożywionych elementów świata. Przecież każdy oddech tę różnicę przezwycięża i znosi.

Uczestniczymy w rzeczywistości powietrznej, której nie widzimy i na której zawisło nasze istnienie. Fakt ten wart jest chyba zastanowienia, bo może odciskać się na naszym stosunku do świata, formować wyobrażenia, postawy, uczucia. Oddechem łączymy się ze źródłem energii, którego nie widzimy, ale wiemy czy ufamy, że ono stale wokół nas jest. Ta zależność buduje zaufanie do świata, a nawet stwarza wrażenie, że on jest nasz. Jednocześnie niewidoczność powietrza – na którym przecież zasadza się nasze życie – jest niepokojąca, bo w sprawach podstawowych wolimy pewność rzucającą się w oczy. Wszechobecne, niewidzialne, władające życiem powietrze ma cechy przypisywane siłom wszechmocnym, choć nie myślimy o nim w ten sposób, i może leżeć u podstaw niejednego z boskich wyobrażeń” (s. 13-14).