poniedziałek, 5 listopada 2012

„Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”

A. Drotkiewicz „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

Bardzo podoba mi się tytuł książki Agnieszki Drotkiewicz. Bella Szwarcman-Czarnota, jedna z jej rozmówczyń, podkreśla dwoistość sformułowania „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”: odbijają się w nim zarazem skarga, poczucie krzywdy, jak i duma z praktykowania cnoty sumienności i pilności. W kontekście tego, że dużo mówi się współcześnie o pracy, ale mało o pracowitości, lektura wywiadów ze znanymi postaciami polskiego życia publicznego (nie mylić z celebrytami!), które przeprowadziła autorka, skłania do interesujących refleksji. Szukając bowiem recept na dobre życie, właśnie aktywność zawodową wiele z nich najczęściej wskazywało jako źródło poczucia sensu i produktywności. Nie o samej pracy traktuje jednak ta publikacja, powiedziałabym raczej, że rozpięta jest ona tematycznie między obowiązkiem a przyjemnością (choć te dwie dziedziny nie muszą się wcale wykluczać!). Agnieszka Drotkiewicz udowodniła, że podejmowanie kwestii fundamentalnych („Jak żyć?”), być może na pierwszy rzut oka naiwne, straceńcze, właściwe egzaltowanym damom, ewentualnie poszukującej swojej tożsamości młodzieży, jest niezwykle ożywcze i twórcze. Nie tyle bowiem istotne są pytania, ile to, kto i jak na nie odpowiada.

Drotkiewicz zaprosiła do rozmowy o życiu dziesięć osób. Jakim kluczem kierowała się w ich doborze – nie wiem, być może znaczenie miał tutaj fakt, że wszystkie zajmują się w ramach swojej roli zawodowej pisaniem. Każde – podkreślam: KAŻDE – spotkanie, zarejestrowane na kartach tej książki, dostarczyło mi materiału do bogatej myślowej obróbki, a taką funkcję motywacyjną lektur bardzo sobie cenię.

Bella Szwarcman-Czarnota, redaktorka i felietonistka czasopisma „Midrasz”, pięknie opowiedziała o sile, jaką czerpie z zakorzenienia w kulturze żydowskiej, z rytuałów porządkujących życie codzienne, przy czym praktykuje to uczestnictwo nieortodoksyjnie, raczej w zgodzie z duchem niż literą prawa religijnego. Pokazuje ona, że pewne formuły, obyczaje, ceremoniały, wykonywane w ten sam sposób przez stulecia, jeśli potraktuje się je refleksyjnie, odczyta zaklętą w nich sens i metaforę, mogą być czymś więcej niż tylko pustym gestem. Inspirujący jest, zawarty w tradycji żydowskiej, nakaz ciągłego uczenia się, czytania, rozwoju, pracy – czasem tak radykalnie uwewnętrzniany, że nie pozwala odczuwać „bezcelowej” przyjemności. Zastanawiam się, czy ta pracowitość, spostrzegana w kategoriach narodowych, kłująca pewnie w oczy nieco mniej „zdyscyplinowanych”, nie przyczyniła się w dawnych czasach do powstania stereotypu Żyda-lichwiarza, oszusta, skąpca, „maszynki” do zarabiania i liczenia pieniędzy.

Monika Richardson to dla mnie najbardziej zagadkowa rozmówczyni Agnieszki Drotkiewicz. Wywiad nie pozostawia wątpliwości, że jest ona kimś więcej niż tylko „panią z telewizji” – gruntownie wykształconą, inteligentną i refleksyjną kobietą. Ale... jest w jej wypowiedziach jakieś irytujące zadęcie, zadzieranie nosa, podprogowe budowanie opozycji pomiędzy elitą intelektualną, której ona sama czuje się reprezentantką, a tymi, którzy powinni być przez nią pouczani, kierowani. Skłoniło mnie to do postawienia problemu: czy można samemu ogłosić się intelektualistą/ką, czy też jest się nim/nią „z nadania”, tak jak autorytetem? Czy mówienie o sobie „jestem intelektualistą/ką” jest przejawem megalomanii czy raczej zdrowego poczucia własnej wartości? Mnie wydaje się to jednak trochę żenujące.

W wywiadzie z Basilem Kerskim, redaktorem naczelnym Magazynu Polsko-Niemieckiego „Dialog” i dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności, warto zwrócić uwagę na fragment poświęcony Berlinowi – historii jego podziału i zjednoczenia. Ciekawe jest to, jak miasto radzi sobie obecnie z powojenną traumą, jak subtelnie i z klasą upamiętnia ślady przeszłości, nie szantażując emocjonalnie swoich mieszkańców, dając im przestrzeń na swobodne, beztroskie, spokojne życie. Rozmowa z Basilem Kerskim dotyka też problemu wielokulturowości, zarówno na płaszczyźnie jednostkowej, jak i państwowej.

Hanna Kowalczyk, wieloletni chirurg Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej Dziecięcej w Warszawie, opowiada o medycynie bioinformacyjnej, którą zainteresowała się na pewnym etapie swojego rozwoju i której w pełni się od tego czasu poświęciła. Lekarka snuje wiele ciekawych refleksji na temat związków medycyny akademickiej z niekonwencjonalną, zmian w relacji lekarz-pacjent, zdolności ludzkiego organizmu do samoregulacji i samoleczenia, zależności pomiędzy ciałem a umysłem. Najbardziej jednak zaimponowała mi jej niezwykle wyostrzona świadomość – siebie, swojej roli zawodowej, miejsca, w którym się obecnie znajduje – i konsekwencja, z jaką podąża obraną przez siebie ścieżką.

Dorota Masłowska, z właściwą sobie, mam wrażenie, zadziornością, szczerością i otwartością, dekonstruuje figurę „pisarza, który odniósł sukces”. Choć brnę przez jej książki tak ciężko, jak przez wysokie zaspy, ogromną frajdę sprawia mi czytanie jej felietonów czy rozmów – uważam, że mądra i przenikliwa z niej dziewczyna. Pisarka wychodzi z założenia, że sukces może być dla artysty tak samo rujnujący, jak jego brak. Z jednej strony traci się bowiem anonimowość, którą rozpaczliwie próbuje się chronić [(„Musisz budować oficjalną wersję siebie, która cię wygłusza, wygłusza twoją esencję niczym drzwi antywłamaniowe Gerda, i potem nagle okazuje się, że sama do siebie też już nie możesz się włamać” (s. 164)], z drugie strony zaś pojawiają się pokusy natury finansowej [„telewizor, meble, mały fiat” (s. 164)]. Agnieszce Drotkiewicz zwierza się Masłowska z tego, jak próbowała się przed rosnącą popularnością bronić i co z tego wyniknęło.

Roch Sulima, antropolog i historyk kultury, znalazł się pod obstrzałem dwóch rozmówczyń – w zadawaniu pytań i komentowaniu rzeczywistości autorkę książki wspomogła, wzmiankowana wyżej, Dorota Masłowska. Jak na autora bestsellerowej „Antropologii codzienności” przystało, profesor mówi o „najbliższej ciału koszuli” – o rzeczach, które gromadzimy, i o tym, co dzieje się z nimi podczas przeprowadzki, kiedy tracą chwilowo swój intymny charakter, bo stają się widoczne; o terytorialności („podłogowości”), cielesności i zmysłowości; o potrzebie transcendencji, samotności w świecie nieustannej kreacji i bezinteresownej rozmowie jako „towarze luksusowym”.

Zaprzestaję już tej wyliczanki, choć nie wspomniałam jeszcze o Tessie Capponi-Borawskiej, Sylwii Chutnik, Ewie Wieleżyńskiej i Agnieszcze Kozak. Kogo zaciekawiła tematyka sześciu pierwszych rozmów, i na pozostałych się nie zawiedzie. Kto poczuł, że taka formuła książki nie jest dla niego, tego i nazwisko Sylwii Chutnik (Agnieszki Kozak... itd.) nie przekona ;-) Mnie w każdym razie wywiady z mądrymi, ciekawymi ludźmi, którzy swoje już przeżyli i przemyśleli (co niekoniecznie musi mieć związek z wiekiem), porządkują świat i dają pewne oparcie – niezwykle cenne w świecie wielu prawd, nieograniczonych możliwości i „wymienialnych” tożsamości.

P.S. Projekt okładki książki „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i zawarte w niej rysunki przygotowała Marianna Sztyma, ilustratorka publikacji „Oto kot” Wydawnictwa Albus, o której pisałam kilka dni temu. Kolejny to przykład na to, że im więcej się wie, tym więcej się widzi ;-)

6 komentarzy:

  1. mnie też bardzo podoba się tytuł i sama książka też chyba dla mnie, więc może przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, pozostaje mi tylko zachęcić! :-)

      Usuń
  2. Bardzo zachęcająca notka! Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe napisać o książce, która się nam podobała, tak aby inni też chcieli ją przeczytać. O wiele łatwiej jest pisać o książkach, które się nam nie podobały ;) Tym bardziej więc chylę czoło i dziękuję za inspirująco-motywujący element do mojego dzisiejszego dnia, bo ja to akurat dziś, nawiązując do tytułu książki, tylko siedzę..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ciepłe słowa!:-) Ale siedzisz na pewno dlatego, że wcześniej bardzo się napracowałaś...;-)

      Usuń
  3. Sprawiłaś mi OGROMNĄ radość tą recenzją, bo "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" to jedna z moich ulubionych książek, dzięki której przekonałam się na dobre do "książkowych" wywiadów. Rzeczywiście, kobiety, z którymi rozmawia Agnieszka Drotkiewicz to nie typowe celebrytki, ale takie osoby, z którymi chciałoby się na co dzień utożsamiać. Po przeczytaniu tej pozycji wynotowałam masę cytatów, a to już wystarczający powód, aby uznać książkę za wyjątkową. Jeśli jesteś zainteresowana podobną tematyką oraz lubisz poczytać wywiady to gorąco polecam "Głośniej! Rozmowy z pisarkami", które zostały przeprowadzone przez Agnieszkę Drotkiewicz i Annę Dziewit-Meller. Podobna formuła, ciekawe postaci i przede wszystkim interesujące konwersacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :-) Okazuje się, że jak się człowiek za bardzo skupia na beletrystyce, zapomina, że istnieje taka fajna forma jak wywiad. I że może być ona równie satysfakcjonująca w lekturze! O "Głośniej! Rozmowy z pisarkami" już gdzieś słyszałam, ale żeby znowu nie zapomnieć, zaraz wciągnę na listę :-) Pozdrawiam!

      Usuń